Albania – Park Narodowy Shebenik-Jabllanice, Qarrishte.

Albania –  Park Narodowy Shebenik-Jabllanice, Qarrishte.

Droga z Ochrydy do naszego kolejnego punktu podróży była długa, ale za to usłana przygodami i mogliśmy trochę więcej się dowiedzieć o krajach przez które przejeżdżamy. Rano po spakowaniu rzeczy wsiadamy w samochód i próbujemy wydostać się z miasteczka. Po drodze mijamy „cinkciarzy”, takich prawdziwych z opowieści. Stoją sobie Panowie przy skrzyżowaniu z wielkimi plikami pieniędzy i zachęcają do wymiany waluty.

Cinkciarze na jednej z ulic w Ochrydzie.

Kierujemy się na południe w stronę Lubaniszta do przejścia granicznego z Albanią. Mamy w planach odwiedzić Bay of Bones Museum. Jest to muzeum na wodzie, które przedstawia zrekonstruowaną osadę, która istniała tam 1200-700 r. p.n.e. Chcieliśmy tam zajrzeć, ale niestety zakaz wprowadzania psów nam to uniemożliwił, nie chcieliśmy zostawiać ich na dłuższy czas w samochodzie.

Jadąc wzdłuż linii brzegowej mijamy puste plaże z poskładanymi parasolami. Widać, że nie jest to sezon turystyczny. Krętą drogą powoli zbliżamy się do granicy kraju. Zanim ją przekroczymy zjeżdżamy w prawo w stronę klasztoru.

Nie udało nam się wejść do muzeum, ale mamy nadzieję, że wejdziemy na teren klasztoru św. Nauma. Na szczęście nie mają absolutnie żadnego problemu z psami, o czym nas poinformował przemiły Pan, który pobierał opłatę za wstęp, a raczej za parking, która wynosiła 50 denarów.

Kiedy przechodzimy przez bramę, po lewej stronie naszym oczom ukazuje się szpaler małych drewnianych stoisk, gdzie każdy turysta może zaopatrzyć się we wszelkiego rodzaju pamiątki. Dalej mijamy restaurację, gdzie chyba najpopularniejszym daniem jest pstrąg. Co ciekawe, jedna z tych restauracji ma tak jakby małą zagrodę dla ryb i kaczek. Psy były stosownie zaciekawione takim zjawiskiem.

Przechodzimy kamiennym mostkiem, gdzie w dole płynie rzeczka, która wpada do jeziora. To właśnie tam jest wrzucone najwięcej monet. Jak wiecie monety wrzuca się na szczęście. Ja również wrzuciłam i nawet wypowiedziałam życzenie. Mam nadzieję, że się spełni. Woda tam jest na tyle przejrzysta, że widać nie tylko połyskujące monety, ale również całkiem okazałe rybki.

Idziemy dalej, ale czas nie za bardzo pozwala nam na zwiedzenie wszystkiego i tak trafiamy do pięknego ogrodu z cudownymi fontannami. Znajdują się tu kamienne fontanny z krystalicznie czystą wodą nadającą się do picia.

Ja postanowiłam zwiedzić klasztor, a Piotrek został z psami w ogrodzie.

Przechodząc przez bramę natrafiam na mały dziedziniec na którym znajdują się klasztor św. Nauma i cerkiew św. Archaniołów. Po podwórku kręcą się kolorowe i dostojne pawie. W myślach dziękowałam, że jednak psy zostały poza murami. Pawie za to ewidentnie pozowały do zdjęć, a jak ktoś za mało poświęcił im czasu, to głośno o tym dawały znać.

Do środka wchodzę tylko do klasztoru. Szybko przechodzę pomiędzy pomieszczeniami, nie zostaje długo i nie robię zdjęć, bo właśnie oprowadzana jest jakaś wycieczka i nie koniecznie jest na to miejsce. Jedyne co mogę powiedzieć po tak krótkiej i szybkiej obserwacji to to, że świątynia jest ponura i człowiek czuje się w niej nieswojo. Freski na ścianach są odrapane i powiem szczerze, że już kilkanaście monastyrów odwiedziłam i to był pierwszy tak bardzo zaniedbany. Może taki był zamysł, nie wiem. Może freski są zakonserwowane, ale nie odnowione.

Klasztor św. Nauma

Klasztor powstał około 900 r wybudowany podobno przez samego św. Nauma, który był uczniem Ceryla i Metodego. Niestety w XV w. wszystko zostało zniszczone, a odbudowane w XVI w. Oczywiście jak w każdym takim miejscu jest i legenda. W klasztorze jest grób św. Nauma z 910 roku. Podobno jak przyłoży się do niego ucho, to słychać bicie serca. Prawda jednak jest taka, że to płynąca woda, a echo jest wzmacniane przez komorę grobową.

Drugi budynek do którego chciałam wejść to była cerkiew św. Archaniołów.

Nie udało się to, ponieważ akurat prowadzona była msza, a ja nie chciałam się tam wbijać tylko na chwilę. Za to udało mi się usłyszeć fragment chóralnego męskiego śpiewu. Akurat taka muzyka sakralna zawsze mi się podobała.

Cerkiew św. Archaniołów

Ruszamy dalej, a raczej już wracamy. Głodek już trochę doskwiera i postanawiamy odżałować parę groszy na porządny obiad. Wybieramy restaurację Ostrovo. Zachęca nas do tego ładny wystrój i spora ilość ludzi. Na wejściu są drewniane pale ze szklanymi gablotkami w których znajdują się perły. Jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie, ten region słynie z wyrobu pereł.

Do restauracji wbijamy dość sporą ekipą. Obsługa widząc 3 duże psy, daje nam miejsce przy samej wodzie. Beniowi się podoba, bo może z pomostu popuszczać bąbelki nosem.

Czekając na jedzenie oglądamy pływające po rzece łódki. Można taką wypożyczyć (za 800 denarów) i popłynąć w górę rzeki. Jednak kiepska pogoda i brak czasu nam to uniemożliwił.

Jedzeniem w restauracji byłam mocno rozczarowana. Było drogo, jedzenie było zimne i niesmaczne.

Wsiadamy do samochodu i zmierzamy do przejścia granicznego. Przejście między Macedonią, a Albanią nie wygląda jakoś bardzo okazale. Dwie budki, ale tylko w jednej strażnik i mały budyneczek. Przejeżdżamy bez problemów. Najpierw jedziemy wzdłuż linii brzegowej. Widać, że wjechaliśmy do Albanii, ponieważ przy drodze stoją handlarze ryb i trzymając je za skrzela zachęcają do zakupu. W Macedonii połów pstrąga ochrydzkiego jest zakazany, więc prawdopodobnie w taki sposób Albańczycy sprzedają je przy granicy.

Wreszcie odbijamy od wody i skręcamy na zachód. Teren zaczyna być coraz bardziej górzysty. Drogi powoli stają się kręte. Co i rusz mija nas kolejny mercedes. Przyznam szczerze, że jak mi mówili, że w Albanii nikt Cię nie szanuje jeżeli nie jeździsz mercedesem i nie palisz marlboro to trochę się z tego śmiałam, ale faktycznie, tu większość samochodów to mercedesy. Mijamy dużą ilość nie dokończonych budynków. Po dłuższej obserwacji stwierdzam, że oni bardzo dziwnie budują swoje domy. Stawiają szkielet i wypełniają go cegłami. Czasami jest tak, że wypełniają same piętro, albo parter i drugie piętro, zostawiając w środku niezabudowane. Nieraz mijaliśmy budynki znajdujące się tuż przy zboczu, gdzie z drogi można było wjechać do garażu na pierwsze piętro, a ludzie mieszkali poniżej na parterze i powyżej na drugim piętrze. Wygląda to dość cudacznie. Bywa też tak, że pręty zbrojeniowe wystają z dachu, więc prawdopodobnie dzięki temu mają możliwość dobudowania kolejnego piętra.

Drugą dość śmieszną rzeczą jaką zaobserwowaliśmy to uliczne myjnie. Początkowo myśleliśmy, że im rura jakaś pękła i dlatego woda się leje, ale później zorientowaliśmy się, że to stojące węże ogrodowe z których cały czas leje się woda i zachęca kierowców do umycia ich mercedesa 😛

Kolejną bardzo charakterystyczną rzeczą to wszędzie walające się bunkry. Za czasów dyktatora Envera Hodży, który miał hopla na punkcie bezpieczeństwa, po całym kraju zostały rozstawione tysiące bunkrów. Szacuje się, że było ich około 750 tyś. Schrony są ustawione w najdziwniejszych miejscach. Na plaży, koło rzek, w górach, dolinach. Gdzie się nie pojedzie, tam w szczerym polu można spotkać bunkier.

Jadąc drogą często mija się pasterzy z owcami. Jestem pełna podziwu, że oni się nie boją, że samochód zabije im inwentarz.

Ule na zboczu góry.

Niedaleko od granicy jest Park Narodowy Shebenik- Jabllanice. Jest to mało popularne miejsce wśród turystów. Naszym celem jest mała wioska ukryta pośród wzgórz. Qarrishte leży pomiędzy pasmami Mali i Jabllanices, a Shebenikiem. W wiosce tej ludzie żyją według własnych zasad, odizolowani od reszty świata. Droga do niej prowadząca nie jest łatwa. My jadąc tam pobłądziliśmy. Trafiliśmy dużo poniżej wioski, która była naszym celem i niestety musieliśmy zawracać. Ponieważ ostatnie dni były dość deszczowe, droga miejscami była podmyta i trzeba było uważać, żeby jadąc nie spaść w przepaść. Kto się boi wąskich dróg nie powinien tamtędy jechać.

Do wioski prowadzą dwie drogi, krótsza i bardziej niebezpieczna, prowadząca w lewo. My początkowo właśnie ją wybraliśmy, musieliśmy się cofnąć i wybrać tą w prawo, dłuższą i jak się okazało mniej niebezpieczną drogę. Ale tak samo nas wytrzęsło. Wracając do samej drogi, bardzo żałuję, że pogoda była, jaka była i nie mam super fajnych zdjęć, bo widoki były mega. Wielka otwarta przestrzeń, a na niej Jeepek z nami w środku. Miejscami trzeba było wysiąść z samochodu i patrzeć, czy dobrze się jedzie, żeby się nie zsunąć w przepaść. No i zrobić zdjęcia, a raczej nagrać filmik.

Bez pilota nie ma jazdy XD

Oczywiście z samochodu wychodzi się też, żeby przegonić np. owce, a kto wychodzi? No oczywiście, że Ja. Bo owce to bardzo niebezpieczne stworzenia, które mogą z nienawiścią po szarżować na biednego Jeepa.

Do samej wioski zajechaliśmy już po zmroku. Pierwotny plan zakładał nocleg pod namiotem. Niestety nie bardzo mieliśmy gdzie rozbić obóz. Więc pozostało zarezerwować nocleg w jedynym dostępnym miejscu. Tu powstał mały problem, ponieważ nie mogliśmy znaleźć naszego noclegu. Kolejnym problemem był brak możliwości zapytania się kogokolwiek o drogę. Wreszcie udało mi się namierzyć chłopca przy jedynym domu, w którym świeciły się okna. Ciężko było się dogadać, ja albańskiego nie znam. Na telefonie pokazałam mu na migi, że tam mamy nocleg. Z tego co zrozumiałam, nie można tam dojechać, a jedynie dojść. Zrezygnowana idę do samochodu, ale zaraz za mną biegnie jakiś dorosły. Od słowa do słowa, a raczej gestów, doszliśmy do porozumienia. Gospodarze zaproponowali nam nocleg u siebie. Udało się też dodzwonić do właściciela naszego noclegu, który na szczęście mówił po angielsku. Dogadaliśmy się, że zostajemy tu gdzie jesteśmy.

Na noc psy jednak nie mogą wejść do domu i dostały miejsce w stodole. My za to zostaliśmy pokierowani do pokoju z kominkiem. Gospodarze rozpalili nam ogień i poczęstowali swoimi wyrobami. Na początek do stołu została podana rakija, bardzo mocny alkohol, trochę podobny do naszego bimbru. Dostaliśmy również miód, maślankę, sery, upieczoną owcę, my zrewanżowaliśmy się flaszeczką Żubrówki. Bardzo za to nam posmakowała potrawa z białym serem, bakłażanem i papryką podana na ciepło.

Potem przyszedł czas na „super” rakiję. Mocna jak cholera. Ja wypiłam tylko pół kieliszka. Więcej nie dałabym rady. Była na tyle mocna, że trzeba było ją czymś popić. Ale pamiętajcie, że rakiji nie popija się wodą, bo według miejscowych można dostać sraczki. Dowiedział się o tym Piotrek gdy sięgnął po wodę, gospodarz na migi pokazywał, żeby popić maślanką. Na szczęście obyło się bez sensacji.

Zanim wjechaliśmy na teren parku zrobiliśmy małe zakupy. Padło hasło, żeby kupić coś słodkiego. Na moje nieszczęście nie sprecyzowałam co to ma być i został zakupiony miejscowy specjał, który było oooobrzydliwy! No ale miejscowym dzieciakom chyba smakowało.

W nocy padało niemiłosiernie i byliśmy bardzo zadowoleni, że jednak spaliśmy pod dachem, a nie w namiocie. Rano przed wyjazdem na dworze na stoliczku czekała na nas herbata i po kieliszku rakiji.

Po nocnej burzy zauważyliśmy, że na samochodzie pozostaje czerwony osad. Zapewne to pył z czerwonej gleby, która tu występuje. Teraz trochę rozumiem dlaczego tyle tu myjni samochodowych.

Mieliśmy odwiedzić to miejsce tylko na jedną noc, szybko się zebraliśmy i w dalszą podróż. Była obawa, że droga może być nieprzejezdna, ale na szczęście dało się przejechać.

Wjeżdżając do Qarrishte stoi mały pomnik upamiętniający ważne dla tego regionu wydarzenie historyczne. Podczas II wojny światowej jedna z rodzin pod nazwiskiem Biçaku uratowała przed niemieckimi żołnierzami 26 Żydów.

Za dnia widać jak podupadła jest ta wioska. Podobno w zimie część rodzin ucieka do miasta, bo zimy tu są srogie i wioska jest odcięta od świata.

Na drugie śniadanie zatrzymujemy się na urokliwej polance z widokiem na góry. Psy są zadowolone, bo bez przeszkód mogą biegać i nikt im nie zwraca uwagi.

Śniadanie w wersji polowej, ale nawet tak możemy zrobić sobie gorącą herbatkę.

Wracając mijamy bezcenny widok, u nas już nie spotykany. Babuszkę na osiołku prowadzonym przez dziadka.

Na samym wyjeździe zatrzymujemy się po wodę prosto ze źródła. Również tutaj jest tablica informująca o parku i szlakach, którymi można się przejść. My trafiliśmy tam w porze roku przypominającej bardziej jesień niż wiosnę, która raczej do wędrówek nie zachęcała, ale też nie po to tam przyjechaliśmy.

Szukając informacji na blogach brakuje mi mapki z trasą jaka została przejechana, dlatego postanowiłam z Wami się podzielić każdym etapem podróży. Proszę nie sugerować się czasem przejazdu, ponieważ kręte górskie drogi wydłużają czas dwa razy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.