Droga na Vf. Pietrosul 2303 m.

Droga na Vf. Pietrosul 2303 m.

Rano po śniadaniu pożegnałam się z Marciem i Fabianne, oni ruszyli w swoją stronę, a niedługo po nich ja podążyłam w swoją. Dzisiejszy dzień przeznaczyłam na dotarcie i zdobycie najwyższego szczytu w górach Rodniańskich. Czekała nas długa droga i ciężkie podejścia.

Z Saua Intre Izoare ruszyliśmy czerwonym szlakiem do Saua Obarsia Rebrei 2055 m. Po drodze na Zanoage Catanilor spotkaliśmy grupę turystów, którzy przy strumieniu urządzili sobie nocleg. Bardzo ładne i dość płaskie miejsce na rozbicie namiotu z pięknym widokiem na dolinę, dodatkowym plusem jest bliskość strumienia. Grupa jednak podążała w przeciwną niż ja stronę. Jak się później okazało to byli jedyni ludzie jakich spotkałam w drodze na Pietrosul.

Wydeptana ścieżka gładko prowadziła nas w górę. Niestety pogoda jak zwykle trochę płatała figle i często gęste chmury zakrywały piękne widoki. Na szczycie Vf. Obarsia Rebrii spotkaliśmy samotnie podążającego w naszym kierunku psa pasterskiego.W dole było widać chatki pasterskie, owce i słychać było ujadające psy. Ten którego spotkaliśmy wybrał się chyba na przechadzkę. Niestety ja go zauważyłam dużo później niż Atrey i Shadow, które poleciały się z nim przywitać. Temu niestety niezbyt się to spodobało i kłapnął parę razy zębami, na szczęście oziki pojmały aluzję i zostawiły go w spokoju.

Samotny pies pasterski

Widoczność się bardzo pogorszyła. Gęste chmury, a może mgła już samej mi ciężko było określić co to dokładnie jest zmniejszyły naszą widoczność do zaledwie 2-3 metrów. Przez to droga do Tarnita la Cruce była ciężka i niebezpieczna. Poruszałam się wolno, żeby nie zboczyć ze szlaku, co chwila wołałam psy, którym nie koniecznie podobało się chodzenie przy nodze. Niestety wolałam taki sposób, niż martwić się, że znikną mi z oczu, a co gorsza gdzieś spadną. Dodatkowo miejscami teren był bardzo podmokły i trzeba było uważać, żeby w jakiejś brei nie zostawić buta.

W oddali widziałam znak informujący nas, że jesteśmy na Tarnita La Cruce 1981 m. Słyszałam w oddali dzwoneczki, ale nie spodziewałam się, że zaraz za wyłomem wyskoczy na nas wielgachny pies pasterski. Atrey był dość daleko w tyle, Shadow była tuż przy mojej nodze, szybko zareagowałam rzucając w stronę agresora zapaloną petardę, modląc się, żeby Atrey mi gdzieś nie zwiał słysząc huk. Petarda zadziałała na tyle, że pies oddalił się w swoją stronę. Atrey chyba był bardziej zdziwiony niż przestraszony całą sytuacją przybiegając do mnie.

Znak informował, że do Pietrosul mamy 5h drogi. Wreszcie zmieniamy kolor szlaku na niebieski.

 

Dalej idziemy granią, po lewej mamy raczej łagodne zbocza, za to po prawej niecały metr od ścieżki trafiamy na prawie pionowe ściany. Stojąc na samym brzegu tylko krok dzieli nas od spadnięcia kilkadziesiąt metrów w dół. W dole widać już znany nam widok pasących się owiec, miga nam również jeziorko.

Wreszcie dochodzimy do tej cięższej części wycieczki. Patrząc w dal na to co chmury nam wreszcie odkryły i widok jaki się ukazał, mocno zastanawiałam się czy dam radę przejść tamtędy z psami. Już wcześniej szlak miejscami był nieciekawy dla mojego komfortu psychicznego. Bardzo się obawiałam, że psy mogą się zagalopować, nie wyhamować i spaść, zrobić sobie krzywdę, a ja nie dam rady im pomóc. Atrey nawet w pewnym momencie był na smyczy, bo ciężko było pilnować jedno i drugie. Teraz z perspektywy czasu, wiem, że spokojnie sobie poradzą z takimi przejściami i nie muszę ich aż tak pilnować. Tak naprawdę dużo sprawniej i lepiej radziły sobie niż ja. Mogę się jednak usprawiedliwiać tym, że na plecach niosłam całkiem sporo kilo.

Trafiliśmy też na miejsca wiecznego śniegu, które psom się bardzo spodobały. Niestety biedne musiały odpuścić sobie tarzanie w śniegu.

Kiedy mijałam Vf. Rebra 2119 m i dotarłam na przełęcz Curmatura Buhaescului 2085 m spotkałam stado owiec. Nigdzie w zasięgu wzroku ani słuchu nie widziałam pasterza, ani psów. Co było trochę dziwne dla mnie, ale postanowiłam zrobić krótką przerwę na wodę i jakąś przekąskę. Siedzę tak sobie i wcinam orzechy z daktylami, psy sobie leżą i odpoczywają. Rozkoszujemy się widokami, nawet udaje mi się dodzwonić do rodziny. Po jakiś piętnastu minutach stwierdzam, że koniec tej laby i czas dalej ruszać w drogę. Zdążyłam założyć plecak, psy były jeszcze na smyczach, jak w pewnym momencie zza owiec głośno szczekając wyskoczył pies. Jak zaczął szczekać podniosły się również inne, które nas nie zauważyły. Trochę panicznie zaczęłam się rozglądać za pasterzem, którego nie było nigdzie widać. Zero szans na ucieczkę, bo i gdzie? Dwa kroki do tyłu i lecę w przepaść. Cofnąć się nie dam rady z psami na smyczy. Jedyna droga to w górę, która też zachęcająco nie wygląda. Szczególnie jak psy na smyczach i ciężki plecak na plecach. Skały dość wysokie do przekroczenia i ręce muszę mieć wolne, żeby się czegoś złapać przy wspinaczce. Atrey i Shadow trochę się wyrywają i szczekają na psy. Kilka głębokich oddechów, pacyfikuje swoje, które się szybko uspokajają. Na szczęście pasterskie nas nie gonią, tylko stoją i szczekają. Puszczam Shadi ze smyczy, bo wiem, że ona nie poleci robić awantury, totalnie już olała psy i po skałach wskakuje na górę, Atrey już też sobie odpuścił, ale jemu potrafi coś odwalić i bezpieczniej jest jak jeszcze zostaje na uwięzi. Razem jakoś dajemy radę i gramolimy się w górę. Jak byliśmy już na tyle daleko, że wiem, że nic nam już nie grozi, mogę puścić i Atreya.

 

Idziemy spokojnie o włos mijając szczyt Buhaescu Mic 2225 m. Droga zaczyna przypominać miejscami nasze tatrzańskie turnie. Ostre wierzchołki, którymi trzeba iść i uważać, żeby w dół nie poleciał jakiś kamień. Nie ma też szans, żeby próbować zrobić zdjęcie. Pomimo, że widoki są piękne, odpuszczam i ostrożnie noga za nogą podążam za psami. Atreyowi ewidentnie się podoba zabawa w kozice i często zmienia swoje położenie, czym przyprawia mnie o kilka siwych włosów. Shadow jest dużo grzeczniejsza i stara się mnie pilnować.

Odbijamy delikatnie w lewo mijając po prawej szczyt Vf. Buhaescu Mare 2257 m. Na początku idziemy sobie piękną i rozległa polanką, by po chwili znaleźć się w stercie kamieni.

Widoczność znowu zaczyna być kiepska, a na kamieniach ciężko znaleźć jak dokładnie szlak ma iść. Jedyne co wiem z mapy, to, że szczyt muszę obejść i trzymać w miarę ten sam poziom. Kamienie są niepewne, boje się, że któreś może przez przypadek złamać sobie nóżkę.  Kiedy już kamienie się kończą szlak skręca ostro w prawo i w dół. Chmury są dla nas łaskawe i pozwalają nam zobaczyć cel naszej podróży. Co chwila miga nam Pietrosul.

Przyznam się szczerzę, że wejście wydaje się bardzo łagodne i  góra nie robi wielkiego wrażenia. Zanim jednak zaczniemy ją zdobywać czeka nas zejście do przełęczy Curmatura Pietrosului 2110 m. Zejście nie jest łatwe dla mnie. Ścieżka często jest bardzo wąska, dodatkowo z dużym plecakiem schodzenie z głazów sprawia pewne problemy. Wystające skały powodują, że muszę uprawiać gimnastykę i wyginać się pod dziwnymi kątami, uważając przy tym, żeby nie spaść. Shadow dodatkowo ciągle się zatrzymuje w nieodpowiednich miejscach i muszę ją poganiać, żeby szła dalej. 

Docieramy wreszcie do przełęczy gdzie decyduje się odpocząć przed atakiem szczytowym. Biorę łyka wody, psy też trochę dostają. Niestety od Tarnita La Cruce nie mijaliśmy ani jednego strumienia, czy innego źródła wody i nasze zapasy szybko się kurczą. Zostało nam tyle, żeby napić się na szczycie. Chwila odpoczynku i regeneracja sił.

Idąc w stronę szczytu czasami mijamy łachy wiecznego śniegu. Droga jest bardzo przyjemna i mało wymagająca. Spokojnie, nieśpiesznym tempem idziemy w górę. W oddali widać na szczycie sylwetki ludzi. Jak się później okazuje, to jeszcze nie szczyt do którego zmierzamy, a jedynie miejsce gdzie odpoczywają turyści, jak również miejsce wypadowe na Vf. Grohotu 2197. Turyści nam machają, a Atrey podbiega do jakiś ludzi siedzących na kocu, zagląda im w torby, a ja jak głupia lecę i ich przepraszam. Okazuje się, że to turyści z Polski. Nie ma to jak zaliczyć taką wpadkę, przed własnymi rodakami.

Po krótkiej rozmowie odbijamy w lewo i kierujemy się na Vf. Pietrosul Rodnei 2303m. Turystów coraz więcej, ale nikomu nie przeszkadzają psy. Sporo osób też podchodzi i głaszcze. Dołącza się do nas też pewien Francuz, któremu bardzo się podoba idea wędrówki z psami. Co chwila zatrzymuje się i robi zdjęcia Atreyowi i Shadow. Psy są mega zadowolone, ze ktoś im poświęca tyle uwagi i ochoczo się do niego łaszą.

Na szczycie stoi sobie zdezelowany budyneczek. Przypuszczam, że miał służyć jako schronienie dla turystów. Niestety ludzie nie potrafią czasami tego docenić i jest mocno zdewastowany, a w środku jest pełno potłuczonego szkła. Jest dość tłoczno i niestety ciężko zrobić dobre zdjęcie. Wyciągam Polską flagę i próbują robić foty, niestety mocny wiatr, trochę komplikuje sprawy. Widoczność też kiepska. Wreszcie udaje się coś cyknąć. Zaczyna trochę kropić, wiec szybko się pakuje i znikam. Niestety nie zostałam tam tyle czasu ile chciałam.

 

 

Góra jest prosta, wejście na nią to żaden problem, nawet dla początkującego górskiego turysty. Nie ma tam żadnych trudnych i ciężkich podejść. Jak tylko cofnęliśmy się do rozwidlenia chmury się rozstąpiły, oczywiście robiąc mi na złość. Nie miałam jednak już ochoty wracać z powrotem na szczyt. Stwierdziłam, że tu chwilę posiedzimy przed morderczym zejściem w dół.

Lacul Iezer

 

Dlaczego mordercza? Ja ogólnie dużo mniej lubię schodzić. Wtedy moje kolana zaczynają się buntować. Zejście dodatkowo jest bardzo monotonne. Idzie się cały czas krętą ścieżką raz w prawo, raz w lewo i tak do samego dołu. Po kamieniach, wąską ścieżyną, zygzakiem. Co i rusz mijamy ludzi, którzy idą w górę. Atrey i Shadow mają za to radochę. Zbiegają i wbiegają, skracają drogę. Nawet po drodze jakaś dziewczyna daje im wody. Ja idę sobie powolutku, ludzie często mnie wyprzedzają, ale nie jest to dziwne. Ja z wielkim plecakiem, noga za nogą, a oni z małymi plecaczkami, albo czasami nawet bez.  Po jakimś czasie oprócz pleców we znaki dają się odczuć łydki, uda i zaczynają mnie łapać skurcze w pośladkach. Palce u nóg, mocno dostają w kość. Mimo, że mam mega wygodne buty, czuje swoje paznokcie. Co ciekawe często wołałam psy do siebie po imieniu, ale od czasu do czasu zdarzyło mi się gwizdnąć. Po pewnym czasie, zaczął mi odpowiadać jastrząb, który krążył gdzieś nad nami. Ludzie szybko to podłapali i co i rusz gwizdali, przez co Atrey i Shadow wpadali w małą dezorientację. Tu gwiżdżą, tam wołają, tu coś skrzeczy, ale za to dzięki temu bardziej się mnie pilnowały.

Wreszcie po nieskończenie długim czasie, w praktyce minęła chyba godzina docieramy do jeziora Lacul Iezer. Sporo osób tu odpoczywa. Psy dopadają wody, ja nie jestem wcale gorsza i chciwie piję tą wodę. Chwilę na złapanie oddechu. Nie mniej jednak zabieram się zaraz do roboty. Jako jedyna rozkładam namiot. Ludzie trochę tak dziwnie na mnie patrzą i się chwilę zastanawiam, czy jakiejś gafy nie popełniłam, ale nawet jeśli to nie mam siły zastanawiać się o co chodzi. Psy są zmęczone, więc daje im kolację i zaganiam do namiotu, żeby się położyły i odpoczywały. Sama robię sobie kolację.

Psy wpakowane do namiotu, biorę herbatkę, siadam na kamieniu i zdejmuję buty. Po całym dniu chodzenia, ulga jaka czuje przy zdjęciu butów, to prawie jak Nirvana. Chciałam iść za przykładem Rosjan i się wykąpać, ale jestem za cienka w temacie i woda dla mnie była po prostu za zimna.

Pod wieczór zaczyna ostro grzmieć. Jakaś grupa z Rosji rozbija się po drugiej stronie, zaraz też ktoś inny rozbija się koło nas. Zaczyna też padać. Ja się chowam do namiotu. To co się dzieje na zewnątrz to burza pierwszej klasy. Zastanawiam się, czy nie rozbiłam się za blisko jeziorka i nie zacznę pływać w nocy. Atrey panicznie się boi i próbuję się wcisnąć do śpiwora. Grzmoty się nasilają, mocno się też błyska. Mam tylko nadzieję, że pioruny nas ominą. Jestem na tyle jednak zmęczona, że pomimo tej orkiestry szybko zasypiam.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.