Góry Rodniańskie miejsce pełne magii i pięknych górskich jezior.

Góry Rodniańskie miejsce pełne magii i pięknych górskich jezior.

Góry Rodniańskie to najwyższe pasmo Karpat Wschodnich. Często też zwane Alpami Rodniańskimi.  Alpami nazywane są ze względu na charakter rzeźby: wierzchołki Gór Rodniańskich są ostre, a zbocza strome. Planując wyjazd do Rumunii, głównie chciałam odwiedzić to pasmo. Liczne opowiadania o tych górach, tysiące przeglądanych zdjęć i słyszanych opowieści wywarły na mnie takie wrażenie, że stwierdziłam, że to będzie taki must have, który muszę zobaczyć. Zawsze chciałam przejść się z psami po tego typu formacjach skalnych. Iść granią w stronę słońca, napawać się pięknymi widokami, chłonąć tą górską atmosferę.

Zwiedzanie Rodnei zaczęłam od Complex Turistic Borsa. Tam zostawiłam samochód na parkingu i ruszyłam czerwonym szlakiem w stronę Cascada Cailor. Szlak początkowo biegnie drogą asfaltową wśród licznych zabudowań. Tutaj mam pewien mały problem z wyskakującymi zza bram psami, ale na szczęście kamienie rzucane w ich stronę załatwiają sprawę. Droga do samego wodospadu jest kamienista, ale całkiem przyjemna. Nie pnie się mocno pod górę, jest szeroka i dobrze oznakowana. Dolina jest mocno zalesiona, czasami przekraczamy leniwie płynące strumyki. Pogoda jest ładna, ale za to jest strasznie duszno, przez małą przestrzeń i gęste drzewa, brakuje powietrza i człowiek ma miejscami wrażenie, że jest w jakiejś tropikalnej dżungli. Atrey ciężko znosi takie warunki, słyszę, że się męczy, dyszy i snuje się łapa za łapą. Próbuję do odciążyć i wypakowuje z jego sakw wszystkie rzeczy i chowam do siebie. Idziemy też dużo wolniej.

Słyszę, że jesteśmy już blisko, ale nie z powodu spadającej z wodospadu wody, a z hałasów jaki wydają z siebie przebywający tam turyści. Powiem szczerze, że po górach Marmaroskich, jakoś tak dziwnie było spotkać taką ilość turystów. Tam nie spotkałam ani jednej osoby, a tu trochę mnie to przytłoczyło. Też dużo ludzi do nas podchodziło, zadawało pytania. Robili sobie z nami zdjęcia, dzieci koniecznie chciały głaskać psy. Zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, żeby odpocząć i napić się wody. Zrobić parę zdjęć. Dłużej się po prostu nie dało z powodu natłoku ludzi, którzy ciągle coś od nas chcieli. Widać było, że Shadow była tym wszystkim trochę zestresowana, więc szybko je zabrałam. Sam wodospad robi duże, ale łagodne wrażenie. Wysoki na 90 metrów, spływa kaskadami, wąskim strumieniem, dzięki czemu nie jest taki przerażający i nie powoduje huku typowego dla wodospadów.

Idziemy dobrze utrzymanym duktem leśnym, mijając co chwila grupy turystów i śpiące czasami na środku drogi psy pasterskie, które staramy się omijać szerokim łukiem.

Wszyscy turyści przy rozwidleniu dróg wybierają się dalej czerwonym szlakiem w stronę Pasul Prislop, tylko Ja samotnie skręcam na niebieski szlak w stronę Saua Gargalau. Otwarta przestrzeń pozwala złapać trochę świeżego powietrza. Nie jest już tak parno i idzie się lekko. W pewnym momencie wychodzę na łąkę. Widok jaki się z niej rozciąga jest tak piękny i spokojny, że człowiek chciałby tu zostać na zawsze. Widok jest zaskakujący, ponieważ w większości jak wychodziłam na tak rozległe tereny, łąki były pełne różnorodnych kwiatów. Ta była w całości pokryta gęstą trawą. Rudo zielony wielki teren. Czasami trawa była tak wysoka, że idąc człowiek bez schylania mógł dotknąć ździebeł trawy. Zawiewający wiatr poruszał roślinami, tworząc delikatne fale. Oglądaliście kiedyś Gladiatora i scenę kiedy Russell Crowe idzie przez zboże? Jeżeli tak, to mniej więcej tak to wyglądało. 

Wpatrujemy się w piękne widoki.

Przez chwilę cieszyliśmy się ciszą i spokojem. Niestety przyszedł moment, że pojawili się pierwsi turyści idący w naszym kierunku, także można było dostrzec przejeżdżającego jeepa. Atrey i Shadow tak bardzo cieszyli się z otwartej przestrzeni, że nie miałam serca, żeby je zapiać na smyczy. Ludzi też nie było, bo ledwo grupka osób, więc pozwoliłam im swobodnie biegać.

Zaraz jak tylko wyszłam zza wzgórza dojrzałam stado pasących się krów. Wielkie stado, które nie zwracało na nas najmniejszej uwagi. Trochę spięłam, bo byłam przekonana, że zaraz wyskoczy na nas gdzieś zza krzaka jakiś wielki pies. Na szczęście obyło się bez tego. Jedynie jeden z cielaków był zainteresowany i próbował podejść. No i jeden byczek stanął na środku ścieżki pomiędzy kamieniami i nie chciał przejść. Dość agresywnie opuścił łeb, ale Shadow załączył się chyba instynkt pasterski. Przyznam, że tylko raz jak byłyśmy na owcach widziałam taką jej postawę z głową w dół, skradającą się i gotową do upomnienia niesfornego byczka. Byłam dumna bo wygrała ten mały pojedynek na spojrzenia i z prychnięciem byczek się odwrócił i poszedł sobie, a my mogliśmy przejść.

W dolinie widać budynki, które należą do pasterzy, których nawoływania słyszymy z daleka. Trochę to przeszkadza jednak, jak co chwila krzyczą i gwiżdżą.

 

 

O dziwo psy się nie interesują za bardzo krowami, jedynie przez krótką chwilę idą na smyczy. Potem nie widziałam sensu, żeby się męczyły. Zmierzamy w stronę Saua Gargalau godzina jeszcze wczesna, więc plan zakładał nocleg tam. Po drodze jednak trafiłam na Taul Stiol. Małe jeziorko, które z trzech stron okolone było górami. Śmieszne jest to, że nawet nie wiedziałam, że tam jest i nie miałam w planach go odwiedzić, jednak grupka turystów, która mnie wyprzedziła i szła przede mną skręciła w tamtą stronę. Zatrzymali się na wzgórzu i robią zdjęcia i słychać jak się zachwycają. Więc stwierdziłam, że podejdę i też zobaczę. Wow… tyle sobie pomyślałam jak zobaczyłam. Szybki look na zegarek, patrzę w niebo, zbierające się chmury i stwierdziłam, co mi tam i tak mi się nie spieszy, a miejsce na nocleg idealne.

 

Zdążyłam rozbić namiot i schować wszystkie rzeczy, jak zaczęło padać. Podeszło do mnie też dwóch tamtejszych ratowników i spytali się czy zostaję tu na noc i czy jestem sama. Oczywiście potwierdziłam. Przestrzegli mnie tylko, żebym uważała, bo w nocy ma być burza i jakby co, żebym dzwoniła na centralę. Pogoda jednak nie była taka zła i szybko przestało kropić, jedynie gęste chmury zasłaniały widoki. Po jakimś czasie krowy, które nieopodal się pasły postanowiły, że przyjdą się przywitać i stanęły tuż obok namiotu. Psy w namiocie, Ja przy brzegu i lecę odganiać krowy, bo by mi się na namiot wpakowały.

Początkowo myślałam, że trafiłam nad jeziorko Cailor, Ponieważ tak pokazała mi para Rumunów, którzy się tu zatrzymali na małe ognisko. Jednak doszłam do wniosku, że to jednak jest Taul Stiol. 

Wypas owiec na zboczu góry.

Późnym popołudniem pogoda się bardzo poprawiła. Wyszło słońce i postanowiłam porobić trochę zdjęć. Dużym plusem był fakt, że przez wcześniejsze załamanie pogody zostaliśmy całkowicie sami. I mogliśmy przejść się wokół jeziorka.

Sesja na kamieniu szybko się psom znudziła.

Na kolację kuskus z sosem pomidorowym i parmezanem. Fajne połączenie, tylko kuskus długo się gotuje. Więc jak ktoś oszczędza gaz to polecam zmienić na coś innego. 

Jeziorko wyglądało bardzo zachęcająco, żeby się w nim wykąpać, ale jestem zbyt dużym zmarzluchem i w efekcie zanurzyłam tylko stopy i uciekłam z wody. Musiałam się zadowolić podgrzaną w menażce wodą. Oczywiście jako, że mam hopla na punkcie nie zanieczyszczania wody, umyłam się mydłem bio z dala od jeziora. Niestety to mydło robiło dziwne rzeczy z moimi włosami i nawet jak je umyłam, wydawały się sztywne, a mama mówiła obetnij się na krótko przed wyjazdem. 😛

Myślałam, że uda mi się obejrzeć zachód słońca, niestety chmury miały inny plan i złowrogo okryły jezioro i góry. Nie było innego wyjścia i wylądowałam w namiocie. W nocy wystawiłam głowę z namiotu, bo chciałam pooglądać gwiazdy, nie miałam tego szczęście, bo była gęsta mgła. To nawet nie chmury, ale parująca z jeziora woda skutecznie wszystko zasłaniała. Szkoda, bo się nastawiłam na oglądanie gwiazd. Pomimo brzydkiej pogody i wysokości noce były ciepłe, a dodatkowo śpiwór z puchu, który nabyłam przed wyjazdem zapewniał dodatkowy komfort cieplny. Noc minęła nam bardzo spokojnie, a z samego rana obudziło mnie oczywiście krakanie przeklętego ptaka.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.