GSB-Główny Szlak Beskidzki etap VIII Rabka Zdrój- Turbacz razem z Decathlonem.

GSB-Główny Szlak Beskidzki etap VIII Rabka Zdrój- Turbacz razem z Decathlonem.

Wycieczka na Turbacz była raczej spontanicznym pomysłem. Najpierw miałam jechać sama z Shadi, potem okazało się, że odwołali pociąg jakim miałam jechać, dzień przed wyjazdem okazało się, że jednak pociąg będzie i w sumie nie wiedziałam do końca czy jechać, czy nie. W piątek wieczorem stwierdziłam, że nie po to brałam weekend wolny, żeby w domu siedzieć, więc decyzja zapadła. Jadę! No ale teraz muszę kombinować jak pojechać z dwoma psami. No bo wiadomo, że w pkp to tylko z jednym można. Przeczytałam mnóstwo stron o podróżowaniu pkp, w tym regulamin w którym jasno napisane, że jak pies jest w klatce to traktowany jest jako bagaż i na psa biletu mieć nie trzeba. I tej wersji się trzymać będę. Na szybko w sobotę rano pojechałam po taką miękką składaną klatkę i na dworzec kupić bilety na pociąg.

Pociąg miałam w sobotę o 21.50. Patrzę za okno – pada! W zasadzie to ulewa na całego. Z domu się wychodzić nie chce, ale jak się kupiło już bilet to trzeba pojechać. Więc idę z psami na ten nieszczęsny przystanek autobusowy, coby nas zawiózł na PKP. Niby mamy kawałek, w zasadzie tylko przejść przez ulicę, ale pożałowałam, że nie wzięłam parasolki.

Na dworcu chwilę czekamy na pociąg, na szczęście nie było żadnych opóźnień i odjechaliśmy o czasie. Dzierżę bilety w dłoni i przeciskam się z psami. Wreszcie trafiamy do swojego przedziału. Niestety już parę osób w nim siedzi. Ja lokuję swoje cztery litery na samym brzegu przy drzwiach, Shadow w nogach, a pan Atreyowy na korytarzu. Jak przechodzi Pan Konduktor pytam się co mam zrobić, bo nie ma miejsca na klatkę, nie ma gdzie jej rozłożyć, a ja mam taki i taki bilet. Pan Konduktor złoty człowiek, kazał psy luzem zostawić i czekać. Wrócił do mnie po jakiś 10 minutach, że ma dla mnie przedział z jednym człowiekiem, któremu psy nie przeszkadzają i tam sobie je luzem puszczę. Pan współtowarzysz naszej podróży zaprosił nas do środka, psy poczęstował banankiem i tak sobie jechaliśmy razem, aż do Nowego Targu.

W Nowym Targu czekamy na pociąg, który zabierze nas do Rabki Zdroju.

Pora wczesna, więc nie ma co robić. W Rabce na dworcu próbuję jeszcze złapać chwilę odpoczynku, bo przyszło mi czekać 2 godziny na całą grupę. Poranek był zimny, więc skulona na dworcu sobie tak czekała, aż nie pokazały się pierwsze osoby, które jak my zmierzały z Decathlonem na Turbacz.

Swoją wędrówkę zaczynamy od ronda przy dworcu. Pierw czerwony szlak wiedzie nas przez urocze miasteczko, mijamy park i piękną fontannę. Dopiero po jakimś czasie wychodzimy na drogę leśną. Gdzie spokojnie i bez stresu zmierzamy do celu naszej wędrówki.

Początkowo idziemy drogą, która prowadzi przez rozległe polany. Dzięki temu mamy cudowny widok na Gorce. Niestety nie trwa to jednak długo, bo wchodzimy w las, gdzie tylko czasami są prześwity jakiś ładniejszych krajobrazów. Kiedy dochodzimy do pierwszego schroniska, które mijamy po drodze, jestem miło zaskoczona miskami ze świeżą i zimną wodą dla piesków. Taki mały, a jakże miły gest w stronę psich turystów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Krótka chwila odpoczynku. Czas na zjedzenie śniadania i dalej ruszamy w drogę. Szlak większość czasu wiedzie przez las, więc droga jest dość monotonna i po prostu nudna. Gdyby nie te krótkie chwilę, kiedy rozmawiam z innymi osobami, mogłabym powiedzieć, że to najnudniejsza trasa na jakiej kiedykolwiek byłam. Przemieszczamy się raczej tempem ślimaka, co dodatkowo mnie męczy. I właśnie w takich momentach przypominam sobie, dlaczego wolę chodzić w góry sama.

Kolejne schronisko na trasie wita nas równie przyjaźnie. Tu decyduję się przycupnąć z psami na chwilę bardziej na uboczu, ponieważ tłum dzikich ludzi nie tylko mnie drażni, ale dzieci chyba za punkt honoru postawiły sobie bieganie tuż przed Atreyowym nosem i doskakiwaniem do nich. Zastanawiam się tylko gdzie są w takim wypadku rodzice, którzy powinni pilnować dzieciaki, jeżeli nie chcą, żeby pociecha np. nie skończyła z połową twarzy, jak będą tak doskakiwały znienacka do obcych psów. Cała sytuacja nie jest zbyt komfortowa, niecierpliwie czekamy na resztę grupy i zabieramy się stamtąd w cholerę.

Do Turbacza mamy jeszcze 2h drogi według tabliczki przy schronisku. Godzina już 13, więc trzeba się pośpieszyć. Niestety dalej szlak, którym idziemy to jedne wielki zlepek kamieni, po których muszą przejść Atrey i Shadow, dla ich psich łap, to niezbyt miła droga. Atrey po jakimś czasie dużo zwolnił i widzę, że jest zmęczony tym podejściem. Chyba powoli zaczyna go dopadać jego wiek, bo nie jest już taki żwawy jak kiedyś.

Wychodzimy trochę poza tą leśną gęstwinę i pies jakby mi trochę odmłodniał. Mam wrażenie, że to przez gorąco i duchotę, która panowała na tej kamienistej części trasy Atrey się tak zmęczył. Docieramy do miejsca katastrofy lotniczej, gdzie na pamiątkę, został postawiony pomnik z częścią śmigła.

 

 

Zaraz też trafiamy na znak informujący, że Turbacz już niedaleko.

 

Najpierw wychodzimy na w miarę otwarty teren z dużą ilością starych bezlistnych drzew. Smutny to widok, jak widzi się te drzewa bez ich zielonego blasku.

Na samą górę prowadzą fajnie wkomponowane w otoczenie schody. Droga przez to jest dużo ciekawsza, niż do tej pory. Na samym szczycie dostrzegamy duży obelisk informujący, że to już tu. Dotarliśmy na samą górę i możemy być dumni z siebie.

Tutaj również spędzamy chwilę z całą grupą. To jest czas na rozdawanie dyplomów i wspólne zdjęcia. Później ruszamy do schroniska kawałek za szczytem. Wstępujemy na chwilę, żeby napić się gorącej herbaty i zjeść batona.

Waham się również co do drogi powrotnej. Mam do wyboru wracać tak jak przyszłam, ale to długa droga, albo skrócić ten czas i iść żółtym szlakiem do Nowego Targu. Droga ta jest krótsza i tą decyduje się iść. Jest też dużo łagodniejsza do zejścia i przyjemniejsza niż czerwony szlak. Mieliśmy czekać na resztę grupy, ale Ja zawsze ze schodzeniem mam problem i nie chce ich spowalniać, więc ruszamy jak tylko wypiłam herbatę. Po krótkim czasie spotykam jedną dziewczynę z naszej grupy i razem schodzimy w dół. Dość szybko czas nam minął przy fajnej rozmowie. Docieramy do Kowańca i asfaltówką schodzimy dalej w dół. W pewnym momencie się rozłączamy, ona zostaje i czeka na taxę, a ja z psami zmierzam do pkp. Wreszcie po jakiś 20 minutach, mijam kolejny już raz przystanek autobusowy, autobus miał być za chwilę, więc czego nie skorzystać i nie podjechać do dworca? Przecież nie będę kolejnych 40 minut piechotą po asfalcie z psami chodziła.

 

Tak się okazało, że pociąg do domu mieliśmy dopiero o 22.50. Zimno. Dodatkowo organizm zmęczony, niewyspany, wiatr wieje, no nie za ciekawa perspektywa czekania prawie 4 godzin. Pierwsze dwie wytrzymałam szczękając zębami, ale już było mi tak zimno, że jak zobaczyłam pociąg do Krakowa, to się nie zastanawiałam tylko wsiadłam i pojechałam.

Klateczkę pięknie rozłożyłam w pustym przedziale i czekam na konduktora coby bilet kupić. Dało się go przekonać, że da się jechać z dwoma psami i nie trzeba nas wyganiać jak jest klatka rozłożona i tak sprzedał nam bilety do Wawy z przesiadką w Krakowie. Gdzie po 2,5h jazdy na dworcu znalazłam otwartą kawiarnie i mogłam kupić gorącą herbatę. Rozgrzanie się jednak nie było wcale takie proste. Pomimo, że na samym dworcu temperatura była bardzo przyjemna, to i tak było mi piekielnie zimno.

Pociąg do Wawy mieliśmy tuż przed godziną drugą. Nie spóźniony i na moje szczęście w miarę pusty. Jeszcze lepiej jak się okazało, że nasz przedział ma bardzo dużo miejsca. Zaczęłam się rozkładać, kiedy do przedziału wszedł kolejny pasażer z którym jechaliśmy do samej Wawki. Nie ma to jak jechać tylko we dwie osoby i mieć całą jedną stronę dla siebie. Przynajmniej człowiek może się położyć. Do domu dotarliśmy w poniedziałek przed 10. Weekend był intensywny i dość męczący.

 

W Gorce z psem można się udać tylko dwoma szlakami. Fragmentem czerwonego szlaku GSB- z Rabki na Turbacz i żółtym z Turbacza do Nowego Targu. Szczerze przyznam, że gdybym miała ponownie wybierać to ten odcinek bym sobie darowała, bo nie jest za specjalny. Za to jest prosty, więc jak ktoś marzy o niedzielnym rodzinnym spacerku to oczywiście gorąco polecam. Po moim trekkingu w bardziej dzikich rejonach, przyzwyczaiłam się, że na szlakach nie ma takiego tłoku, a turystę się rzadko spotyka. Tutaj był ich natłok, od ludzi z dziećmi, po psiarzy, którzy za nic mają kulturę i obowiązek chodzenia z psem na smyczy, po rowerzystów, którzy jadą na złamanie karku. Tłoczno i w ogóle niezbyt fajnie. Nie mniej jednak warto tam pojechać chociażby dla własnej satysfakcji, że się zaliczyło kolejny szczyt. Dziękuje bardzo ekipie z Decathlon Bielsko Biała za wspólnie spędzony czas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.