Jeden dzień na Orlej Perci.

Jeden dzień na Orlej Perci.

Ponieważ lato się kończy, a ja jeszcze nie byłam w naszych pięknych Polskich Tatrach i akurat w pracy miałam dwa dni wolnego to zapadła decyzja, że jadę w Tatry. Od dawna chodziło mi po głowie przejście się Orlą Percią, ale zawsze miałam jakąś wewnętrzną blokadę, że sama nie powinnam tam chodzić, a jakoś tak się nie składało, żeby ktoś miał jechać ze mną.

Tym razem się uparłam i stwierdziłam, że jak sama chodziłam po Rumunii to Orla też mi nie straszna. We wtorek w nocy wsiadłam do autobusu i w środę o 7 byłam już w Zakopanem. Tam na szybko udało mi się znaleźć busika, który zabrał mnie do Kuźnic.

Dokładnie o 7.15 wyruszyłam niebieskim szlakiem z Kuźnic przez Boczań do Hali Gąsienicowej. Pierwszy raz tą trasą szłam zimą i muszę przyznać, że dużo lepiej chodzi się nią jak jest śnieg. Wtedy jest tak płasko i mięciutko. Tym razem droga była usłana kamieniami. Narzuciłam sobie dość szybkie tempo, bo w perspektywie długa droga przede mną, a jeszcze mam w planach zatrzymanie się na chwilę w Murowańcu. Pogoda jest przepiękna i jak już wyszłam z tej najbardziej zalesionej części słońce mocno świeciło po twarzy. Co piękne przy takiej pogodzie można dostrzec nawet ze szlaku szczyt Giewontu.

 

Do schroniska w Murowańcu docieram o 8.40. Jestem z siebie dumna ponieważ udało mi się pokonać ten odcinek w 1.25h. Czasu mam jeszcze mnóstwo, a brzuszek mówi, że głodny. Burcząc wyraża swoją dezaprobatę na temat nie zjedzenia wcześniej śniadania. Ale jak tu jeść bez ciepłej herbatki, która się w nocy w autobusie skończyła? Zachodzę więc do Murowańca. Nie lubię tego przybytku strasznie, ale innego nie ma, więc płacę te 14 zł za dwie herbaty, bo zapomniałam zabrać saszetki z domu. Zjadam własne kanapeczki z paprykarzem warzywnym i chlebkiem tostowym. Oczywiście mój żołądek stwierdził, że jemu to w zasadzie nie chce się jeść. I na siłę wpycham w siebie pozostałe dwie kanapki. Niestety mam taką głupią przypadłość, że zawsze przed wędrówką czy większym wysiłkiem fizycznym mam blokadę jedzeniową. Nie wiem z czego to wynika, ale rano czuję, że jestem głodna, ale jak już biorę do ust jedzenie to momentalnie żołądek mi się zaciska i wmuszam w siebie jakiekolwiek jedzenie, żeby mieć chociaż trochę siły na trasie.

 

 

 

O 9.00 ruszam ze schroniska w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Jest w miarę wcześnie więc ludzi za dużo nie spotykam i w przyjemnym chłodzie wędruje szlakiem. Ta droga jest bardzo przyjemna, kamienie są duże i wygodnie stawia się stopy i szlak jest w miarę płaski. Dopiero na sam koniec tuż przed stawem trzeba trochę się powspinać.

9.25 docieram do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Chwila odpoczynku, łyk wody i ruszam dalej. Choć miejsce jest piękne nie ma co się dłużej na nim zatrzymywać, bo czas goni. Chociaż czasowo jestem do przodu, to wiem, że przy trudniejszych podejściach będę potrzebowała dużo więcej czasu na odpoczynek.

 

Teraz czeka mnie długie i mozolne podejście na Zawrat. Szczerze przyznam, że nie jest to mój ulubiony kawałek, bo jest dla mnie męczące to podejście. Przynajmniej do momentu kiedy zaczynają się łańcuchy, bo później tu idzie już gładko.

Słońce zaczyna wychodzić zza szczytów i jest bardzo ostre przez co mimo, że mam okulary mocno mnie oślepia. Jest to takie małe dodatkowe utrudnienie. No bo idzie się trochę na ślepo czasami. Też za bardzo nie wiem czy mi jest za gorąco jak idę w słońcu, czy zaraz jest mi zimno, jak chowam się do cienia.

Czasami jak się zatrzymam i łapie oddech patrzę na te piękne formacje skalne i napawam się widokami bajecznych i potężnych szczytów.

Na samych łańcuchach tworzy się mały koreczek. Ja zakładam już kask i czekam na swoją kolej na wejście. Ten szlak jest dwukierunkowy i czasami trzeba przepuszczać tych co schodzą, przez co czas się wydłuża. Pamiętam jak kilka lat temu jak pierwszy raz tamtędy szłam, dziewczyna zawiesiła się na jednym z łańcuchów i trzeba było ją dobre pół godziny przekonywać, żeby się ruszyła.

Dokładnie o 11.24 docieram na Zawrat. Jestem w szoku, że tylko 2 h zajęło mi to podejście ze Stawu Gąsienicowego. Myślałam, że zjedzie mi się przynajmniej te pół godziny więcej. Miłe zaskoczenie, że jednak mam całkiem dobrą kondycję i nawet te parę krótkich przerw na oddech i napicie się wody nie odbiły się na czasie.

Na Zawracie jak zwykle kupa ludzi. Część idzie na Orlą, a część schodzi w stronę Piątki. Nawet znalazły się osoby, co mimo zakazu udały się w stronę Świnicy.

Z Zawratu rozpościera się cudowny widok. Ja chłonę go jak jakiś narkoman. Musicie wiedzieć, że zawsze kiedy jestem w Tatrach pogoda nie pozwala mi się cieszyć takimi widokami. Nawet jak już wyjdzie słońce to zawsze były chmury, które blokowały widok. Tym razem nie było, ani jednej chmury. Wszystkie szczyty było widać jak na dłoni.

Po krótkim czasie i zjedzeniu połowy Milki z truskawkami podnoszę się i ruszam na Orlą Perć. Trochę mnie przeraża i dopadają mnie myśli w stylu- czy sobie poradzę? Patrząc jednak na ilość ludzi, myślę sobie, że nawet jak idę sama, to tak naprawdę sama nie będę, bo ilość turystów po prostu w tym przeszkadza. Nie ma co się bać i trzeba iść dalej.

Zaraz po tym jak ruszyłam spotkałam bardzo sympatycznego chłopaka. Marcin o dziwo mieszka w Warszawie – jaki ten świat mały 😉 Od tego momentu idziemy cały szlak razem. Tu dla niego wielkie brawa, bo ani razu nie narzekał kiedy musiałam zatrzymać się i odpocząć, bo od wspinaczki ręce i nogi zaczęły odmawiać mi posłuszeństwa.

Odcinek z Zawratu na Kozi Wierch jest najtrudniejszym odcinkiem Orlej Perci. Duża ilość łańcuchów bardzo pomaga w przejściu tego odcinka. Są miejsca gdzie krok w nie tą stronę i lądujesz w przepaść. Tu muszę się przyznać, że bardzo odwagi dodaje obecność drugiego człowieka. Jakoś tak łatwiej się idzie kiedy możesz do kogoś otworzyć buzie. Myślę, że dzięki temu nie odczuwałam żadnego stresu idąc tą trasą. W ogóle ludzie byli bardzo sympatyczni i nawet jak się dłuższą chwilę zastanawiałam gdzie postawić stopę, czy jaki uchwyt skalny złapać nie marudzili i nie popędzali. Często też było tak, że tam gdzie było można to się wyprzedzaliśmy, by te kilka metrów później przysiąść i odpocząć. Dać odetchnąć zmęczonym kończynom.

Jakoś chwilę przed miejscem gdzie Orla Perć łączy się z żółtym szlakiem jest sławetna drabinka o której tyle się czyta. Punkt dla mnie, że nawet serce mi nie zadrgało jak nią schodziłam. Jedyne co pomyślałam, to że te wszystkie opowieści są grubo przesadzone- No ale jak to, to już? To o to cała afera? To ja dwa lata się zbierałam, żeby to przejść, a nawet lekkiego stresa nie miałam? Co za… rozczarowanie!

Tak moi drodzy, wiem, że dla ludzi, którzy mają problem z wysokością, czy boją się przepaści może być to nie lada wyzwaniem. Drabinka o której mówię to miejsce gdzie schodzi się pionowo w dół, kiedy drabinka się kończy następny krok trzeba dać mocno w lewo, bo inaczej człowiek ma pod sobą przepaść. Żeby jednak nie było, że jestem taki kozak i nic nie sprawiało mi trudności to muszę się przyznać, że miałam mały problem tu przed zejściem ze ściany gdzie czerwony, łączy się z żółtym szlakiem. Dokładnie w miejscu gdzie jest tabliczka TPN. Czułam się dość niepewnie, bo nie mogłam wymacać żadnej szczeliny, którą mogłabym złapać i miejsca gdzie postawić stopę, dopiero instrukcje Marcina pozwoliły mi zejść.

 

Z Koziej Przełęczy na Kozi Wierch droga jest bardzo wymagająca. Miejscami trzeba się mocno wspinać i podciągać się na rękach. Duży plus za łańcuchy i klamry, które są bardzo dużym ułatwieniem. Kiedy dochodzimy do rynny, którą mamy zejść do Wyżniej Koziej Przełęczy możemy chwilę odpocząć, a to dlatego, że tworzy się całkiem spory korek na trasie. Jest to tez miejsce, które może niektórym sprawiać dość dużo problemu.

Na sam szczy Koziego Wierchu prowadzi długi i wąski komin. O dziwo idzie się nim całkiem dobrze, choć taka wspinaczka jest męcząca dla moich rąk.

Na Kozi Wierch docieram o godzinie 13.50. Zeszło mi się 2,5h z przejściem z Zawratu na Kozinkę. Jestem z siebie dumna, że po pierwsze dałam radę i nie było to takie straszne jak słyszałam i to jeszcze w jakim czasie! 

Na szczycie odpoczynek. Napawamy się pięknymi widokami. To jest też czas, żeby coś zjeść. Taki wysiłek mocno pobudza apetyt. Trzeba uzupełnić też utracone kalorie i płyny.

W którą stronę nie odwróci się wzroku, tam zawsze można wypatrzyć coś pięknego.

Pada decyzja, że idziemy dalej Orlą, gdzie to się zobaczy. Chcieliśmy zaliczyć jeszcze Granaty, a przynajmniej Zadni Granat. Dochodząc jednak do Przełączki nad Buczynową decydujemy się zejść żlebem Kulczyńskiego do Zmarzłego Stawu. Droga ta jest co najmniej nie wygodna. Jest dość stromo, brak tutaj łańcuchów, jest dużo luźnych kamieni, trzeba uważać jak się stąpa, żeby przypadkiem nic nie zrzucić na osoby które idą przodem. Kolana mocno dostają wciry. O 15.10 zaczynamy schodzenie, 15.55 jesteśmy w miejscu gdzie czarny szlak łagodnieje i można iść bezpiecznie. Szczerze przyznam, że nie mogę uwierzyć, że schodziliśmy tamtędy niecałą godzinę. Mi się wydawało, że wieczność. Na tej trasie też spotykamy Koziołka, a właściwie jak się później okazuje całą ich wesołą gromadkę. 16.40 jesteśmy nad Zmarzłym Stawem gdzie chwilę odpoczywamy od tego piekielnego schodzenia.

 

Żleb Kulczyńskiego (nie polecam gdy jest deszczowa pogoda, nie wiem jak można wtedy tamtędy schodzić)

 

Może wam się uda dostrzec Koziołka 🙂

Zmarzły Staw

O 18 zawitaliśmy do Murowańca. Tutaj zostajemy kolejną godzinę, żeby złapać trochę odpoczynku i coś zjeść. Tym czymś okazują się pierogi z mięsem. Całkiem dobre, gdyby nie posypany na wierzchu koperek. No serio, kto do smażonej cebulki dodaje koperku-bleee…

Do Kuźnic schodzimy Doliną Jaworzynki. Pierwszy raz idę w górach po zmroku. Czołówka zaświecona i schodzimy ciemnym lasem. Widok na oświetlone Zakopane magiczny, a gwiazdy nad nami, no marzenie. Jedynie te kamienie i to schodzenie daje się już mocno we znaki. Jestem zmęczona, coraz bardziej ciągam nosem, katar nie miłosierny, kaszle tak, że płuca mogę wypluć. Robi się też coraz zimniej, a z ust leci para. W sumie jakby dobrze się przypatrzyć to chyba cała parowałam 😛 W Kuźnicach udaje nam się złapać taksówkę, która zawozi nas do Zakopanego i dokładnie o 21 meldujemy się na Krupówkach.

Do autobusu do Warszawy mam jeszcze ponad dwie godziny więc lądujemy w uroczej i bardzo klimatycznej knajpce, gdzie raczę się dobrą herbatką malinową.

23.30 odjeżdżam autobusem do Warszawy. Moje szczęście, że udało mi się zarezerwować miejsce na samiutkim końcu tuż przy oknie. Tak się pięknie okazało, że było całkiem mało ludzi i do Radomia mogłam spokojnie się położyć ( z podkulonymi nogami) zajmując całe 3 miejsca.

 

Podsumowując. Wypad choć jednodniowy był bardzo udany. Cieszę się, że wreszcie udało mi się zrobić ten odcinek Orlej Perci. Jak to mówią strach ma wielkie oczy i w tym przypadku bardzo się to powiedzenie sprawdziło. Czasami nawet bez psów wypad w góry może być dobrym pomysłem. Jeżeli ktoś się z Was jeszcze waha nad tym szlakiem, mówię szczerze warto go zrobić i wcale nie jest taki straszny jak go pisują. Więc ludzie do dzieła i do zoba na szlaku 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.