Kończymy z górami Rodniańskimi i ruszamy nad jezioro Colibita.

Kończymy z górami Rodniańskimi i ruszamy nad jezioro Colibita.

Ranek powitał nas deszczowo, bardzo deszczowo. Ponieważ mi się nie spieszyło, a i tak już schodziłam z gór postanowiłam przeczekać deszcz i ruszyć dopiero jak się wypogodzi. Ruszyliśmy w dół dopiero koło 10. Jako jedyni ruszyliśmy w stronę Borsy. Droga w dół jest nudna i kamienista. Dodatkowo ulewny deszcz sprawił, że było błotniście i ślisko na kamieniach. Starałam się trzymać psy blisko siebie, chociaż do pierwszych zabudowań spotkałam tylko jedną osobę, która szła w górę. Atrey i Shadow są nauczone ciągnięcia na smyczy w szelkach, akurat przy tym zejściu to była najgorsza opcja.

Po drodzę spotkaliśmy taki mały szpital dla leśnych zwierząt. Było widać dziki i małego jelonka. Niestety szybko musieliśmy stamtąd zwiewać, bo wyskoczył na nas pies. który raczej przyjazny nie był. Schodzenie było męczące, ale przynajmniej do asfaltu psy chodziły luzem. Niestety jak asfalt się zaczął, to psy na smycz. Długa i nudna droga do miejsca gdzie mieliśmy złapać stopa do samochodu.

 

Po dotarciu do głównej drogi, zaraz za pensjonatem w którym się zatrzymywałam zdejmuję plecak, psy się grzecznie kładą i zaczynamy łapanie stopa. Niestety nie sprzyja nam szczęście. Czas ucieka, a nikt się nie zatrzymuje. Nawet nasza mikro karteczka nie pomaga. Dopiero po jakiejś godzinie dostrzegam busika, który jedzie bezpośrednio do Complexu Borsa, akurat przystanek ma zaraz przy moim samochodzie. Ładuje się do środka i zmęczona spoczywam na siedzeniu. Po jakiś 20 minutach docieramy na miejsce, jako ostatnia wychodzę, wyrzucam psy i bagaże i próbuję dostać się do pieniędzy. Ludzie omijają nas szerokim łukiem. Psy wskakują do bagażnika i zmęczone z ulgą się kładą.

 

Ruszamy samochodem do odległej Colibity. Miejscowość w górach Kelimeńskich nad pięknym jeziorem o tej samej nazwie. Droga którą jedziemy została dopiero co zrobiona, jedzie się przyjemnie przez gęsty las dolinami. Zarówno z prawej, jak i lewej strony otaczają nas piękne wzgórza. W pewnym momencie krajobraz się delikatnie zmienia i zamiast wzgórz po prawej mamy szeroką i rwącą rzekę.

Długo tak jedziemy. Tutaj dopiero rzuca się w oczy panująca bieda. Blaszane budynki z kominami, dzieci biegające w koło. Stare wozy przy drogach z dużą ilością Cyganów. Cyganki, które stoją przy drodze próbując sprzedać to co nazbierały w lesie. Widok niezbyt ciekawy. Ponieważ od rana nic w ustach nie miałam musiałam się zatrzymać przy jakimś sklepie. Jak tylko wysiadłam z samochodu dopadły mnie dzieciaki, które domagały się pieniędzy. Było to trochę przerażające jak się tak pchały.

 

 

 

 

W pewnym momencie nasza piękna droga się kończy i dopiero teraz zaczynam rozumieć jak ktoś mówi, że w Rumunii drogi są okropne. Są i to bardzo. Dziura na dziurze. Czasami jakiś skrawek asfaltu się pojawi. Mijam też bardzo dużo kościołów. Pięknych, zarówno drewnianych, jak i murowanych. Monastyry, bo tak się nazywają te budynki, mijamy raczej się nie zatrzymując, czasami jednak zdarz mi się zatrzymać, żeby zrobić zdjęcie. 

Piękne rzeźbione zdobienia na Monasterach przyciągają wzrok odwiedzających.

Takie mają fajne przystanki autobusowe.

 

 

Deszcz zaczyna padać i rzadko kiedy mogę się zatrzymać, żeby coś sfotografować. Zieleń jest tu bardzo soczysta. Zbocza są nią praktycznie całe pokryte. Myślę, że zasługą tego są ostatnie deszcze jakie przeszły przez Rumunię. Mijamy też sporo motocyklistów. Duża część z nich okazuje się być z Polski.

 

Trafiliśmy też do miasteczka gdzie było muzeum etnograficzne. Niestety była niedziela i było zamknięte. Trochę byłam z tego powodu rozczarowana.

Na horyzoncie miga już jeziorko. Najpierw jedziemy w lewo, niestety tutaj nie ma nawet skrawka ziemi do rozbicia namiotu, wszędzie jest zagrodzone, albo są postawione hotele. Postanawiam więc zawrócić i pojechać w prawo. Przejeżdżamy przez zaporę i znajdujemy się po drugiej stronie. Droga nie jest za ciekawa, ale chce dojechać jak najbliżej jeziora i może uda mi się gdzieś rozbić namiot. Google mówi, że powinien gdzieś być camping. Docieramy do jedynego pola namiotowego. Udaje mi się dodzwonić do właścicielki i załatwić sobie nocleg. Miejsce jest urokliwe, tuż nad samą wodą udaje mi się rozbić namiot. Jedynym minusem jest inna rodzina z dzieciakami i psy lądują na smyczy przypięte przy drzewie. Dzieciaki jednak nie rozumieją, żeby nie podchodzić do psów. Rodzice mało się nimi interesują, a psy są wielką atrakcją.

Po rozłożeniu namiotu, nakarmieniu psów, zabieram się za własną kolację. Jestem tak głodna, że zjadłabym wszystko, ale wcześniej kupiłam kiełbaski, które planowałam zrobić sobie na kolację na ciepło. Udało mi się nawet za pomocą krzesiwa rozpalić ognisko, co było moim małym wielkim sukcesem. Bo nie jest to takie proste jak się wydaje.

Tak te wszystkie kiełbaski zjadłam sama. Tak, byłam taka głodna 😛

Zejście z gór i kilkugodzinna jazda samochodem trochę dała mi się we znaki i mocno zmęczona dość wcześnie położyłam się spać. Moi sąsiedzi jednak nie podzielali mojego zdania i urządzili sobie imprezkę z rumuńskimi hitami. W rezultacie dopiero koło 1 udaje mi się zasnąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.