Lenistwo nad jeziorem Colibita w górach Kelimeńskich.

Lenistwo nad jeziorem Colibita w górach Kelimeńskich.

Jezioro Colibita leży na wysokości 900 m n.p.m. Powstałe podobno w miejscu maleńkiej wioski. Miejscowi mówią, że jak poziom wody bardzo się obniży, można dostrzec dach starego kościółka. Jezioro powstało dzięki zbudowanej zaporze. Otoczone jest z każdej strony pięknymi górami Kelimeńskimi. Na samej tamie jest zakaz zatrzymywania, ale kto by się oparł, żeby się nie zatrzymać i nie zrobić zdjęcia?

Camping na którym się zatrzymaliśmy był dość spory, ale jak na tę porę roku ludzi było mało. Miejsce bardzo fajne, jest gdzie rozbić namiot, jak ktoś jest bardziej wygodny są drewniane domki. Są też altanki gdzie można posiedzieć jak człowiek przy stoliku i zjeść normalnie posiłek. Ja wybrałam bardziej oddalone miejsce, blisko wody i pomostu. Są też toalety, czy prysznic. Niestety z zimną wodą, ale dla kogoś kto dawno się nie kąpał, to nie jest problemem i nawet zimna woda nie przeszkadza. Wiem, bo sama przetestowałam. Dodatkowo dużym plusem jest fakt, że właścicielom w ogóle nie przeszkadzają psy. Z czego bardzo się ucieszyłam.

Jest to też fajne miejsce na bazę wypadową w góry. Duża ilość szlaków. My jednak dni tam przeznaczyliśmy na odpoczynek.

Nad jeziorkiem tym spędzamy kilka kolejnych dni. Pierwszego dnia totalne lenistwo. Głowę z namiotu wystawiam dopiero koło 9 jak już słońce nie daje dłużej w nim siedzieć i temperatura staje się nieznośna. Na śniadanko puree z boczkiem i kanapki z serkiem topionym. Normalnie rozpusta 🙂

Patrząc na niebo i na to piękne słońce robię pranie. Pranie, a jakżeby inaczej robię w jeziorze. Co brudniejsze rzeczy traktuje bio mydełkiem. Reszta to tylko przepierka wodą. Fajnie się składa, że zaraz koło namiotu mam pomost, gdzie mogę sobie postawić krzesełko i dzięki temu nic nie ląduje w piachu. No chyba, że np Atrey stwierdzi, że moje skarpetki to świetny szarpak. Możecie sobie wyobrazić, jak ganiam go po polu namiotowym za psem ze skarpetką w pysku, który sądzi, że to fajna zabawa. Shadow podłapała to i zwędziła pustą plastikową butelkę. Jedyną którą miałam, żeby nabrać czystej wody. Nie wiedziałam, czy mam gonić ją żeby oddała i nie podziurawiła jej, czy Atrey’a ze skarpetką. Postanowiłam jednak, że spiszę na straty skarpetkę, bo tych miałam więcej. Na szczęście nie było świadków tego wspaniałego biegu, bo na polu zostałam całkiem sama. Udało mi się odzyskać butelkę z pogryzionym korkiem, i całą ufajdaną w piachu i śmierdzącą rybą skarpetkę.

Po południu przyszedł do mnie chłopak, który się opiekuje tym polem namiotowym. Vasile bo tak ma na imię, przyniósł mi kapok na rower wodny i kluczyki do łańcucha, dzięki czemu mogłam skorzystać z niego kiedy chciałam. Jak tylko uporałam się z praniem, zrobiłam trochę porządków w samochodzie i przejrzałam rzeczy chętnie skorzystałam z tego wodnego środka komunikacyjnego. Niestety moja wycieczka nie trwała długo. Jeszcze moje nogi nie odpoczęły na tyle, żeby wystawiać je na tak intensywny wysiłek. Samemu jednak pedałować na tym potworze to trochę problem. Dodatkowo wiatr, który usilnie mnie spychał do brzegu nie pomagał. Udało mi się jednak trochę popływać z psami. Zobaczyłam tamę od strony wody, która wyglądała na prawdę imponująco. Chciałam nawet podpłynąć bliżej, ale było za daleko i obawiałam się, że nie dam rady wrócić samej. Shadow nawet zaliczyła kąpiel, bo nie trafiła jak zeskakiwała z pomostu. Potem stwierdziła, że koniecznie musi wrócić do mnie jak jeszcze byłam na rowerku, przez co musiałam ją wyciągać z wody i sama byłam cała mokra. 

Odpoczywamy na zmianę leżąc na ręczniku przed namiotem i czasami chodzimy schłodzić się do wody. Po jakimś czasie przychodzi do mnie Vasile, trochę rozmawiamy i wychodzi na to, że prowadzi swoją własną Cabane niedaleko campingu. Udaje mu się mnie namówić, żebym się z nim przeszła, żeby zobaczyć. Miejsce przystosowane typowo dla turystów i szczerze jeżeli chcecie tam jechać większą ekipą bardzo polecam to miejsce, bo za niewielkie pieniądze można znaleźć tu wszystko. Prąd z paneli słonecznych, ciepła woda, ogrzewanie w zimie. Dodatkowo pokazał mi genialny patent na chłodzenie jedzenia czy napoi używając do tego wody ze strumienia, która wpływa do zbiornika chłodząc i wypływa z powrotem do strumienia. Genialne i proste. Bo każdy wie jaka zimna woda potrafi być w górskim strumieniu.

Wieczorem miałam ogromną ochotę na rosół. Nazbierałam drewna i rozpaliłam ognisko. Pierwsza próba zrobienia rosołu nie bardzo się udała, ponieważ nie przewidziałam jednego, że menażka może się przewrócić przez wypalone drewno, a nie mogłam jej cały czas trzymać w rękach. Na chwilę ją zostawiłam, żeby sięgnąć po sól i pieprz i akurat w tym momencie podstępne drzewo postanowiło się przełamać, przez co większość zawartości poleciała do ogniska. No ale nie byłabym sobą gdybym się poddała i nie spróbowała jeszcze raz. Resztki wylądowały w miskach Atreya i Shadow,  umyłam menażkę i zaczęłam od początku. Tym razem jednak ustawiłam kamienie w strategicznych miejscach gdzie mogłam oprzeć menażkę. Nie było to zbyt proste ustawić kamienie w palącym się ognisku, jeszcze zrobić to na tyle umiejętnie, żeby się nic nie przewróciło i żeby można było podkładać gałęzie, żeby ogień nie zgasł. Wiadomo też, że metal przewodzi ciepło, więc niezbędny okazał się psowy podróżny ręczniczek.

Rosół się udał! Jaka byłam z siebie dumna, że mi się to udało to sobie nawet nie wyobrażacie 😛

Jak tylko zjadłam rosół, przyjechała właścicielka pola namiotowego. Wcześniej rankiem chwilę z nią rozmawiałam jak płaciłam za nocleg. Mówiłam jej o mojej sytuacji, że za ostatnie wymienione pieniądze płaciłam jej, ponieważ proponowała, że jej mąż zrobi mi zakupy w mieście jak bym chciała, a że lei już nie miałam to grzecznie podziękowałam. Jakie było moje zdziwienie kiedy zsiadła z quada i podchodzi do mnie z wypchaną reklamówką. Z tego co udaje mi się zrozumieć mówi, że ma coś dla mnie i wciska mi w rękę tą reklamówkę. Ja jej, że nie mam pieniędzy, a ona, że to prezent dla mnie i żebym zjadła. Otwiera i zaczyna tłumaczyć. W środku jest chleb, pasztet, warzywa z bio uprawy- pomidory i ogórki, dodatkowo ręcznej roboty ser i dżem z malin. Szczerze powiem, że trochę brakowało mi słów i nie bardzo wiedziałam jak mam się zachować i co powiedzieć. Oczka mi się trochę zaszkliły, a w gardle stanęła gula. Przyznam się, że się mega wzruszyłam dobrocią mojego gospodarza. Nie mogłam się powstrzymać i jak tylko pojechała spróbowałam sera, który był trochę dziwny w smaku. Nic takiego u nas nie spotkałam, taki trochę gorzko słony, ale jak położyć na to słodki dżem z malin, tworzy genialne połączenie.

Wieczór spędziłam w miłym towarzystwie. Vali trochę poopowiadał o tym czym się zajmuje, jak się żyje w Rumunii. Pokazywał zdjęcia swojej rodziny. Co mogłabym zobaczyć tutaj, gdzie jechać, żeby miło spędzić czas i jak najwięcej zobaczyć. Noc była piękna i gwiaździsta. Wiaterek wiał delikatnie i bardzo przyjemnie się przy ognisku siedziało. Niestety szybko uciekłam do namiotu. Poprzedniej nocy komarów było tylko troszkę, dzisiejszej chyba krwiopijcy dowiedziały się, że przyjechała świeża krew i pomimo produktów Muggi, było ich tyle, że trzeba było uciekać, jak nie chciałam, żeby zjadły mnie żywcem.

Następny dzień to było lenistwo samo w sobie, aż głupio się przyznać, ale największą aktywnością fizyczną jaką tego dnia zrobiliśmy z psami, to przejście się po kempingu 😛 Za to zrobiłam małą sesje zdjęciową na której znalazły się też próbki od naszego sponsora Fitmin Polska. Jak już wspominałam Fitmin podarował nam worki z karmą na wyprawę. Niestety całego wora nie mogłam ze sobą zabrać żeby zrobić foto, ale miałam ze sobą dodatkowo próbki nowej karmy, która również psom zasmakowała 🙂

Oczywiście psy roznosiła energia i ciężko było im wysiedzieć chociaż tą chwilę w jednej pozie, żeby cyknąć fajną fotkę.

Atrey wolał breakdance zamiast pozowania.

Za to Shadow waliła głupie miny. I pokazywała tym, jak bardzo jej się to nie podoba.

Wreszcie jednak się udało zrobić coś w miarę sensownego.

 

Nie obyło się również bez karnego drzewka, gdzie psy przywiązane odbywały swoją karę po pogonieniu psa, co się w ogóle okazało owczarka australijskiego. Niestety udało mi się dowiedzieć tylko tyle, że to aussie. Para z psem nie była zbyt rozmowna i nie chcieli się podzielić jakimiś szczegółami no i nie pozwolili zrobić psu zdjęcia.

Później mała sesja w wodzie. Pilnowałam, żeby kapały się do odpowiedniej godziny, żeby wyschły później, zanim wpakuje je do namiotu. Bo mokry pies w namiocie, a już dwa to, no… hmm … jakby to ująć śmierdząca sprawa 😛

Miałam duże szczęście, że trafiłam tutaj na początku tygodnia, więc nie było zbyt dużo turystów. Większość jednak była po drugiej stronie jeziora i to tam odbywały się większe imprezy, że było słychać na moim brzegu. U mnie było cicho i spokojnie. Odpoczęłam bardzo dobrze przez te dwa dni. Mięśnie się zregenerowały. Już nie czułam bólu w kostce, ani w plecach. Jedynie czasami rano, wstając z namiotu, po nocy na twardej ziemi odczuwałam mój kręgosłup. Zagoiły się też kompletnie psie łapki i nie było żadnego śladu, ani na opuszkach u Shadow, zagoiło się też miejsce gdzie Atreyowi odciskał się pazur i  zrobiła się ranka.

Widok na piękne czerwone skały. Zdjęcie tego nie oddaje, ale wieczorem jak zachodziło słońce promienie odbijały się od skały żarząc się na czerwono.

Nasz wodny środek transportu.

Jeden z moich ulubionych posiłków. Makaron z sosem myśliwskim. 

Ostatnia noc na campingu trochę imprezowa. Nawet w Rumunii można znaleźć Absoluta 😉

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.