Maramuresz – nasz pierwszy przystanek. Cz.1

Maramuresz – nasz pierwszy przystanek. Cz.1
Rumunia. Od bardzo długiego czasu przyciągała mnie swoją tajemniczością i pięknymi górskimi krajobrazami. Jest to kraj często nie doceniany i omijany szerokim łukiem przez Polaków. Masa stereotypów, które krążą na temat tego miejsca nie sprzyja planowaniu tam wycieczki. Rumunia kojarzy się z dużą ilością bezpańskich psów i typowym obrazem Roma – Cygana. Jadąc bezdrożami człowiek ma wrażenie, że wjeżdża w całkiem inny świat. Biedny świat. Bardzo w oczy rzuca się panująca tu bieda. Rozwalające się chałupy, porzucone budynki i kiepskie drogi… tak bardzo kiepskie drogi, ale o tym kiedy indziej 😉

Region, który odwiedziliśmy jako pierwszy leży w północnej części Rumunii – Maramuresz! Góry Marmaroskie, najdziksze góry w jakich przyszło mi być. Szlaków jest mało i są naprawdę kiepsko oznakowane. Często szlak prowadzi drogami, a raczej ścieżynami, które wyglądają jakby nikt nigdy nimi nie chodził, albo było to naprawdę bardzo dawno temu. Oznaczenia szlaków można znaleźć ukryte pośród traw na kamieniu, albo gdzieś za gałęziami drzew. Farba często jest zdrapana i prawie niewidoczna.  Przez to góry te, choć piękne, wydają się niebezpieczne. Pomimo tych niedogodności są to piękne góry. Malownicze krajobrazy, rozległe połoniny i dzikie leśne ostępy. Marmarosze jednak nie przywitały nas przyjaźnie. W większości naszej wędrówki pogoda nie była sprzyjająca. Ciągły deszcz i gęste mgły rzadko odkrywały ten piękny krajobraz.

Początek naszej wędrówki zaczęliśmy w małej miejscowości Baile Borșa. Samochód zostawiłam u przemiłego Pana, który prowadzi Pensiune Camping Laura Borsa. Jest to ostatni dom przed wejściem na czerwony szlak. Kamienista droga prowadzi do kamieniołomów, wielkie ciężarówki co i rusz nas mijają, a kierowcy przyjaźnie machają na powitanie. W oddali słychać szczekanie psów. Tym razem Atrey i Shadow wędrówkę zaczynają na smyczy. Opowiadania ludzi o agresywnych psach stawiają mnie w stanie gotowości, w kieszeni mam gaz, a w ręku petardy i zapalniczkę. W drugiej ręce kijki, idzie się przez to niewygodnie, ale bezpieczniej. Zza rogu wyskakuje zgraja psów, a Ja mam serce w gardle, ręce mi się trzęsą i nie mogę podpalić lontu. Na szczęście się udaje i to był pierwszy raz kiedy petardy uratowały nam skórę. Myślę sobie, ocho… zapowiada się ciekawie! Przez same kamieniołomy przechodzimy już spokojnie, bo psy się tak wystraszyły, że nie wyściubiały nosów zza samochodów. Dalej idziemy i dochodzimy do końca drogi. Tu zaczynają się przeszkody. W skrócie długo błądziłam i szukałam wejścia na szlak. Padał deszcz, było ślisko, Ja już byłam cała mokra, ale się nie poddawałam. Na moje szczęście spotkałam przemiłego pasterza, który wędrował ze swoimi psami w górę i to właśnie on pokazał mi drogę.  Dla kogoś kto się tam wybiera – wejście na szlak jest na prawo od rozwalającej się chatki, trzeba wejść delikatnie w górę na polankę, tam na wprost jest delikatny prześwit, który mocno pnie się w górę. Czerwony znak można znaleźć ukryty pod gałęziami drzewa, na lewo od prześwitu. Cały czas idziemy ślizgając się na błocie. Po długim czasie wychodzimy na wielką szeroką drogę, gdzie kierujemy się na lewo, droga prowadzi do starego, opuszczonego budynku. Trafiamy do Gura Baii. Tu decyduje się zostać na noc, ponieważ mimo w miarę wczesnej godziny, zmęczenie daje o sobie znać. Długa droga z Polski, brak dobrego wypoczynku, brzydka pogoda szybko się na mnie odbiły. Namiot rozkładam w miarę czystym miejscu w budynku i tam spędzam noc.

Przemiły człowiek, który pokazał nam wejście na szlak.

 

Poranek jest nie dużo lepszy, jedyny plus jest taki, że jeszcze nie pada. Droga zygzakami prowadzi mnie do wąskiego wodospadu, który wpada do malutkiego zbiornika wodnego. Do samej przełęczy Saua Lucacisa 1641 m idzie się ciężko, droga jest kamienista i śliska, przypuszczam, że przy ładnej pogodzie idzie się tam bardzo przyjemnie. Na samej górze znajduje się refugiul- czyli drewniana chata, pusta w środku gdzie turyści mogą zatrzymać się na noc. Jest w bardzo dobrym stanie i każdemu polecam z niej skorzystać. Co jakiś czas idąc pod górę mijały mnie samochody terenowe zapakowane po brzegi ludźmi, czasami również mijali mnie tacy co jechali nie tylko w środku, ale też na masce i dachu. Widok przekomiczny. Psom wyraźniej przypadła do gustu swoboda z jaką mogli bez przeszkód biegać po otwartej przestrzeni. Tu pogoda się poprawiła na tyle, że można było zobaczyć dużą otwartą przestrzeń, którą czasami w dolinach przecinały drogi.

 Chata w której każdy turysta może znaleźć schronienie.  

Pierwszy napotkany znak i całkowicie zdewastowany.

 

Szlak czerwony prowadzi w dół przez las. Czasami drogę przecina jakiś strumyczek. Ogólnie jest pusto i cicho. Przez cały dzień wędrówki nie mijamy żadnego człowieka. W pewnym momencie nasza droga biegnie równo z dość szerokim strumieniem, czasami można dostrzec kamienne zapory posiadające otwory z których wypływa woda. Woda tam ma ciekawy zielony kolor, po bliższym przyjrzeniu okazało się, że to długie trawy. Rwąca woda sprawia, że wygląda to jakby ktoś rozłożył długie zielone dywany. Po paru godzinach trafiam na kolejne opuszczone zabudowania. Tym razem pogoda jest na tyle dobra, że namiot rozkładam na dworze. Zaraz obok płynie rzeka, więc dla mnie to idealne miejsce na obozowisko. Polana jest szeroka, w miarę płaska. Dookoła pełno drzew wiec czemu nie. Dzięki bliskości wody mogę się umyć, ugotować posiłek i napić się ciepłej herbaty. Na chwilę wychodzi także słoneczko. Jedyny hałas jaki człowiek rejestruje to huk wody spadającej z kamiennego podwyższenia.

 

Po męczącym dniu, czas na odpoczynek.

Makaron z pomidorowym pesto.

Noc była spokojna, ale nie odważyłam się wyjść z namiotu. Te opowieści o niedźwiedziach… 😛

Poranek był słoneczny, a w człowieka wstępowały nowe siły. Dalej idziemy czerwonym szlakiem. Dochodzę do rozwidlenia dróg. W prawo biegnie czerwony szlak, który biegnie do Macarlau, stacji kolejowej. Pierwotny plan zakładał, że będę szła wzdłuż torów, więc skręciłam na lewo. Tam trafiłam na przeszkodę. Mianowicie rwącą rzekę, która drogę przecinała. Jedynym sposobem jej przejścia była kładka zrobiona z jednego, niezbyt szerokiego bala, połączona z drugim kawałkiem drewna na wysokości pasa. Powiem szczerze, że byłam przerażona jak przejdę z dwoma psami i wielkim plecakiem. Po drugiej stronie była grupa Rumuńczyków, która dopingowała mnie i pokazywała, że muszę przejść tędy, bo innej drogi nie ma. Po kolei najpierw przeprowadziłam Atreya, który w połowie drogi stwierdził, że ten pomysł mu się nie podoba i zaczął się cofać, łapy mu się rozjeżdżały, ale jakoś się udało. Shadow nie miała żadnego problemu. Po krótkiej rozmowie z miejscowymi, którzy wybrali się całymi rodzinami na zbiór borówek, zdecydowałam, że poczekam na kolejkę, która nie wiadomo kiedy przyjedzie. Ponad dwie godziny czekania to wcale nie tak długo, w takim zacnym towarzystwie. Kobiety nie mogły się nadziwić, że Ja jestem tutaj sama z dwoma psami. Jeden z mężczyzn próbował mi sprzedać swojego syna 😉

Kładka, po której przechodziliśmy.

Zdjęcie z kolejki.

Pierwszy pojazd jaki nadjechał i przejechał, to był stary mercedes, który zamiast normalnych kół, miał takie przystosowane do torów. Później moim oczom ukazała się najprawdziwsza ciuchcia. Taka na węgiel. Za nią był dosłownie jeden wagon, do którego można było wsiąść i usiąść. Zdążyliśmy odjechać kawałek i rozpadał się deszcz. Tak w towarzystwie Rumuńczyków dojechałam do Bardau. I ciesze się, że zdecydowałam się zaczekać na kolejkę, bo droga biegła przez rzekę z bardzo rwącym nurtem i nie dałoby się po takich ulewach przekroczyć jej piechotą. Z każdą kolejną mijaną stacją były doczepiane wagony pełne drewna, przez co kolejka jechała bardzo wolno, nie kiedy przez tunele wydrążone w środku gór.

Atrey i Shadow bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Dały radę i co najważniejsze się nie skarżyły. Przez sporą ilość czasu wędrowały sobie w butach, które zasponsorował nam sklep Dogtrotter.pl  Jestem im niezmiernie wdzięczna, ponieważ bardzo się na tym paśmie górskim przydały. Kamienista droga i śliskie podejścia nie sprzyjały ich delikatnym łapką.

Poniżej przedstawiam Wam punkty gdzie logował się mój gps. Lokalizator Spot, który ufundował Ruway Pliot School. Dzięki niemu na bieżąco można było sprawdzać moją lokalizację, dodatkowo rodzina mogła wiedzieć kiedy się zatrzymałam na nocleg i czy ze mną wszystko w porządku.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.