Marmarosze – miejsce gdzie musiałam przetrwać!

Marmarosze – miejsce gdzie musiałam przetrwać!

Canton Silvic Bardau to miejsce, które stoi przy stacji kolejowej H.C.F.F. Bardau. Tuż nad samą rzeką Vaser znajduje się leśniczówka, w której urzęduje sympatyczny Ranger Ghita. Młody chłopak, który dba o las i znajdującą się tam zwierzynę. Tam znaleźliśmy miejsce na nocleg. Turyści są tu mile widziani, Atrey i Shadow również zostali ciepło przyjęci. Ghita rozpalił ogień w kaflowym piecyku, tak, żeby było ciepło i przyjemnie. Mogłam też dzięki temu wysuszyć część swoich rzeczy.

 

 

 

 

 

 

 

 

Cabana na stacji w Bardau

 

Miałam pewne obawy jak będziemy się porozumiewać, ale na szczęście daliśmy radę łamanym angielskim. Co ciekawe, człowiek jak musi to odkrywa w sobie, że jednak potrafi dużo więcej niż mu się wydaje. Zawsze myślałam, że mój angielski jest w opłakanym stanie, okazuje się, że nie jest z nim tak źle. Ghita opowiadał o swojej pracy, jak chodzi i liczy populację niedźwiedzi, czy obserwuję migrację wilków z Ukrainy. Poruszaliśmy temat łowiectwa, myśliwych czy kłusownictwa.

Ghita – Ranger u którego się zatrzymałam.


Miałam możliwość wreszcie umyć włosy, bo mogłam zagotować sobie wodę. Nawet nie wiecie jaka to ulga, jak głowa już nie swędzi i człowiek czuje się czysty 😛 Sama Cabana była przytulna, cała w drewnie. Nie zabrakło nawet telewizora, gdzie oglądaliśmy filmy. Fajne jest u nich to, że jak leci amerykański film, to ogląda się go w oryginale, a do tego są rumuńskie napisy. Nie mają lektora, dzięki czemu i Ja mogłam oglądać i cokolwiek zrozumieć.

Moim celem następnego dnia stała się Cabana w Cosnea. Znaki pokazywały czas przejścia 10 h, ale to chyba tylko w przypadku kiedy idziesz z przewodnikiem, który zna drogę i idziesz na lekko.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Na początku szlak był przyjemny. Zdążyłam wyjść z Cabany i trafić na drogę, tam napotkałam odbite w błocie duże ślady niedźwiedzia, razem ze śladem niedźwiedziątek. Trochę adrenaliny z rana dało mi niezłego kopa. Na szczęście prowadziły on w dół, a nie w górę, tam gdzie ja podążałam. W pewnym momencie trafiłam na przeszkodę, którą ciężko było pokonać. Na drodze i wszędzie dookoła leżały zwalone drzewa. Przejść się tego nie dało. Jedynie obejść. Z prawej strony nie było możliwości, bo było urwisko, a w dole płynął potok. Jedyna opcja to na lewo, mocno w górę. problem był taki, że ciągnęło się to przez dość spory kawałek, a w pewnym momencie, skały uniemożliwiały zejście w dół. Więc musiałam się cofnąć i próbować przecisnąć się miedzy zwalonymi drzewami. Podjęłam ryzyko, że zrzucę na drogę plecak i sakwy psów. Miałam tylko nadzieję, że się nie połamiemy. Jedynie się trochę poobijałam, ale udało się nas przerzucić. Dalej szliśmy w miarę przyjaznym traktem, czasami trzeba było przejść pod zwalonym drzewem, czy przeskoczyć głazy, które zalegały na drodze. Na mapie zaznaczona jest trasa, którą można niby przejechać terenowym samochodem. Nie prawda. Nie da się. Ilość zwalonych drzew pod którymi musiałam się wręcz czołgać i głazów na drodze nie pozwoliłaby zapuścić się tam jakimkolwiek pojazdem. Na wysokości jakiś 1300 m droga mocno odbija w prawo, a na lewo płynie strumień i można powiedzieć, że stara dawno nie używana ścieżka i moi drodzy to właśnie tam trzeba skręcić, żeby trafić dalej na szlak. Ja trafiłam na niego po 2 h błądzenia, wracania się. Ciężko opisać chwilę które tam przeżywałam. Mocno siąpiący deszcz nie ułatwiał sprawy. Człowiek przemoczony, zrezygnowany ma już po prostu dość. Perspektywa też nie jest za ciekawa, ponieważ szlak jest dziki. Znaki, które są poumieszczane na kamieniach są wytarte, farby prawie w ogóle nie widać. Spróbuję wam jedna opisać jak on biegnie, może komuś się przyda.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Oznaczenia szlaków

Od momentu rozwidlenia po prawej mamy skały, więc skręcamy na lewo. Dalej idziemy prosto, tu w miarę widać oznaczenia, tylko trzeba się dobrze rozglądać. Dochodzimy do małej polanki i mamy możliwość iść w lewo, albo w prawo, bo prowadzą dwie ścieżki. Idziemy w prawo, przez wysokie trawy  i krzaki. Szukamy oznaczeń na głazach. Tutaj trzeba bardzo uważać, bo można się zgubić. Ponieważ raz idzie się w prawo, raz w lewo. Ogólnie chodzi o to, żeby iść na północ i pod górę. Polecam zaopatrzyć się w kompas, ponieważ Ja tylko w taki sposób tam trafiłam i to totalnym przypadkiem, wyszłam prosto na oznaczenie czerwonego szlaku. Tu był moment mojego załamania. Środek lasu, zaczyna się ściemniać. Nie wiedziałam gdzie jestem i już miałam się poddać, ale nie byłabym sobą, gdybym ten ostatni raz nie spróbowała. Ogólnie polecam inne wyjście, gdzie jest dużo wygodniej, bezpieczniej i po prostu łatwiej. Jak człowiek wie gdzie trzeba odbić. 😉  Mianowicie idziecie cały czas jak was droga prowadzi, czyli przy rozwidleniu o którym wcześniej wspomniałam, nie skręcacie w lewo, a idziecie w prawo dalej drogą. Tam las się przerzedza i w pewnym momencie wychodzicie na w miarę otwartą przestrzeń, od tego momentu wybieracie cały czas drogi, które odbijają w lewo i idą w górę. Wtedy dochodzicie do szczytu i wychodzicie na wielką polanę. Na polanie kierujecie się cały czas na lewo i w górę. Wtedy łatwo znajdziecie dalszą drogę na szlak. Ja miałam bardzo utrudnione zadanie z powodu złej widoczności. I nie miałam pojęcia gdzie góry pną się dalej i w którą stronę iść. Co śmieszne, gdyby pogoda była ładna, moja droga byłaby o jakieś 4h krótsza, ponieważ nie musiała bym się cofać i ponownie szukać szlaku.

Cała przemoczona rozbiłam namiot. Tym razem nocleg trafił mi się na polance na wysokości ok 1530 m zaraz przy Dosul Bardaului. Wślizguje się do wilgotnego śpiwora, Atrey koniecznie próbuje ułożyć się na miejscu gdzie Ja mam głowę, a Shadi pakuje się na karimatę w nogach. Zaczyna znowu padać deszcz, na szczęście już jesteśmy w namiocie, ale kto ma psa, wie że mokra sierść nie wysycha tak szybko. Po jakimś czasie wszystko zaczyna parować, a w takiej małej przestrzeni jest to piekielnie nieprzyjemne. Zaczyna już zmierzchać, jak na złość przylatuje jakiś ptak który krakaniem rozwiewa moje marzenia o szybkim zaśnięciu. Tym razem czeka mnie jednak bezsenna noc.

Po tym dniu moja kondycja psychiczna nie była zbyt dobra. Zastanawiałam się, czy nie porwałam się na zbyt trudne zadanie. Dodatkowo łapy Atrey’a i Shadi nie były wcale w lepszym stanie. Przez ciągłą wodę, błoto i kamienie łapy były poodparzane, a opuszki delikatnie poobcierane. Buty sprawdzały się na typowo kamienistej powierzchni, ale w momencie kiedy pojawiało się błoto, zakładanie ich było niebezpieczne i bezużyteczne.

Byłam mocno zmęczona, więc nawet za bardzo nie zwracałam już uwagi na stan mojego ubrania. Z namiotu też już nie wychodziłam. Duży błąd który zrobiłam, to wcześniej nie poszukałam i nie zaopatrzyłam się w wodę. Jak duży, okazało się następnego dnia, kiedy wyszło słońce i nie dało się już nigdzie wody znaleźć.

Ranek następnego dnia powitał mnie pięknym słońcem. Wychodząc z namiotu moim oczom ukazały się szczyty wzgórz wystające z leniwie płynących chmur. Pagórki przykryte były grubą białą pierzyną, a dole samotnie stał rozwalający się pasterski szałas.

 

Swoje kroki kierujemy na masyw Muntele Bardaului. Z polanki skręcamy na lewo, najpierw idziemy łagodnym podejściem prowadzącym przez łąkę, a potem zaczyna się zabawa i mocny wysiłek fizyczny. Jak już wspominałam tutaj szlaki są dzikie. Nie ma wytyczonej i ładnie ułożonej ścieżki. Czerwone znaki mniej więcej pokazują jak się idzie, ogólnie do góry, oby dostać się na szczyt. Przed nami ponad 300 metrowa wspinaczka. Pod górę, wąską ścieżyną. Ślisko z powodu padającego poprzedniego dnia deszczu. Psy mają radochę, bo co i rusz biegną pod górę i zbiegają. Ja uważam, żeby na mnie nie wpadły, bo wtedy kaplica. Runęłabym w dół i tylko by mnie zbierali. Plecak mi ciąży, idę mocno pochylona do przodu uważając żeby mnie nie przeważyło. Staram się iść zygzakiem, tak aby nie ustawiać się frontem do wzgórza, ale iść bokiem. Dużo bezpieczniejszy sposób, niż iść prosto, pionową ścianą.

Słońce już mocno praży i zaczynam odczuwać brak wody. Więc robię jedyną możliwą rzecz. Wcinam borówki. Tam wzgórza są pełne krzaków tych owoców. Przez to na zdjęciach wychodzę jakbym miała sine usta. 😛

Wreszcie docieramy na szczyt Pietrosul Bardaului 1850 m. Tu robimy chwilę odpoczynku. Wreszcie łapię sygnał i dzwonie do domu. Krótka rozmowa z rodziną bardzo podnosi moje morale. Mamy też czas na małą fotorelację.

 

Idę granią i serce mi się cieszy, dusza się raduje. Zresztą na powyższym zdjęciu widać mój uśmiech. Napawam się pięknymi widokami. Soczysta zieleń wszędzie wokoło, czasami widać szarość wystających z ziemi skał, na które z wielką radością wskakują psy. Tu ścieżka jest o dziwo wydeptana i łatwo się po niej idzie. Atrey czuje się bardzo pewnie i często znika mi z widoku mocno wysuwając się do przodu. Shadow jak zwykle często wraca i pilnuje czy aby na pewno się nie zgubiłam.

 

 

Wędrując godzinami bez towarzystwa, ma się wrażenie, że jest się na tym świecie jedynym człowiekiem. Dzięki obecności Atrey’a i Shadi jednak nie czułam się samotnie. Ich obecność i radość jaką sprawia im swobodne wędrowanie, w pełni mi wynagradza brak drugiego człowieka. Połączenie pasji do wędrowania po górach i towarzystwo moich czworonogów to jest moje własne małe pojęcie szczęścia. Ja się w takich momentach wyciszam, potok myśli, który zawsze mi towarzyszy, zamiera. Wsłuchuje się w swój oddech i idę. Idę i się rozglądam. Chłonę krajobrazy. W pewnym momencie dochodzę do miejsca gdzie stoi znak informujący w którą stronę biegnie czerwony szlak.

W dolinie słychać szczekające psy i widać pasące się owce. Co chwila słychać też przeraźliwy gwizd i pokrzykiwania pasterza.

Atrey’a bardzo interesuje się sytuacją, która rozgrywa się na dole. Widać, że z chęcią poganiałby za owcami. Shadow dużo bardziej interesowała się zapachami i robactwem, które pomykało pośród traw.

Tu Shadow prezentuje sakwy, które podarowała nam firma Hunter Polska. Psy nosiły część swojego ekwipunku same. W środku znalazła się karma od Fitmin oraz buty od Dogtrottera.

Po krótkiej przerwie na batona energetycznego ruszamy w stronę Vf. Bucovinca 1763 m. Szlak prowadzi lewą stroną zbocza.

W pewnym momencie na mapie jest zaznaczone ostrzeżenie, że w tym miejscu turyści często gubią drogę. Faktycznie, dochodzę do miejsca gdzie szlak się kończy i mam gęsto rosnące drzewa. Nauczona już doświadczeniem i ich super oznaczeniami, zdejmuję plecak i szukam. W górę nie ma co iść, to przedzieram się przez krzaki, co i rusz dostaje gałęzią po głowie. Po jakiś 5 minutach rezygnuję i wracam, bo nie ma mowy, żeby tędy trzeba było iść. Podjęłam dobrą decyzję, ponieważ szlak biegnie w dół. Przedzierając się przez gęstą kosodrzewinę drogę znajduję tylko dzięki psom, ponieważ na mojej wysokości nie widać, którędy idzie ścieżka. Za to Atrey bezbłędnie odnajduje drogę, bo wydeptana ścieżka dla ich rozmiarów jest idealna. Ja mam duże problemy z poruszaniem się, duży plecak i wystająca karimata bardzo przeszkadza. Co i rusz zaczepiam o jakąś wystającą gałąź. Dodatkowym utrudnieniem są korzenie. Trzeba uważać nie tylko na twarz, żeby czymś nie dostać, ale również na nogi, aby się nie połamać. Ogólnie koszmar. Po godzinie takiej wędrówki miałam dość. Plecak zaczął mi poważnie ciążyć, ramiona paliły. Wreszcie mijając Vf. Pecealu wychodzę na otwartą przestrzeń. Tu kosodrzewina z takiej sięgającej powyżej głowy, zmniejszyła się do takiej do kolan. Od tego momentu towarzyszył nam krzyk co i rusz przelatującego jastrzębia.

Po pewnym czasie nasza ścieżka stała się drogą z błota i kamieni. Niezbyt przyjemna. Pomimo na prawdę dobrych butów za kostkę, parę razy wykręciłam nogę. Niestety jeden z tych razów był na tyle mocny, że dalsze zejście było już katorgą. Powoli poruszałam się w dół. W oddali majaczyły budynki, jak się okazało to były pasterskie chaty. Było słychać psy, dzwoneczki i krzyki pasterzy. Szybko podjęłam decyzję, że psy idą na smycz. Od tego momentu poruszałam się w tempie ślimaka, uważając na i tak już obolałą kostkę.

Byłam na tyle głośna, krzycząc na wyrywające się do przodu psy, że na szczęście pasterze usłyszeli mnie, zanim zobaczyli. Dzięki temu uniknęliśmy bezpośredniej konfrontacji z psami pasterskimi, które ostrzegawczo szczekały i próbowały się zbliżyć. Na samym środku stała sobie terenówka. Szybko przekalkulowałam, że może jak im zapłacę to mnie zawiozą do Cosnea i znajdującej się tam Cabany. Po krótkiej i dość chaotycznej rozmowie , młody chłopak zaprowadził mnie do gazdy, który był właścicielem ciężarówki. Bez problemu zgodził się zawieźć mnie i psy. Jedynie musiałam poczekać dwie godziny, aż skończą pracę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bardzo chętnie zdjęłam ciężki plecak i siadłam na ławeczce przy chatce. Z zaciekawieniem przyglądałam się na ich pracę. Gazda razem ze staruszką przebierali wielkie beczki wypełnione borówkami, a młodzi zaganiali owce i kozy do zagrody, aby je wydoić. Gazda poczęstował mnie ich wyrobami. Dwoma rodzajami sera oraz mamałygą. Powiedzieli, że mogę się rozgościć i poczekać w chatce, a jak chce to mogę się położyć i przespać, bo oni teraz idą zbierać borówki i wrócą za dwie godziny. Ja jednak wolałam zostać na dworze i cieszyć się promieniami słoneczka. Młodzi po skończonej pracy poczęstowali mnie jeszcze ciepłym owczym mlekiem. Powiem szczerze, że bardzo mi zasmakowało. Jak krowiego nie lubię, bo smakuje siarą, tak to w smaku było bardzo dobre. Jeden z młodych znał parę słów po polsku. Nie mogli się nadziwić, że jestem sama i się ciągle pytali czy dobrze to zrozumieli i czy na pewno nikogo ze mną nie ma. Bo przecież samotna kobieta w górach to głupota. Pytali czy się nie boje tak samej, a niedźwiedzie, a gdyby mi się coś stało itp. No cóż jak tylko mogłam to im tłumaczyłam. Dziwili się też, że idę z psami, bo u nich psy są do pracy, a nie towarzystwa. Tłumaczyłam, że w Polsce to wygląda trochę inaczej, że psa traktuje się jak towarzysza, najlepszego przyjaciela, a nie jak narzędzie.

 

 

 

 

 

 

 

Atrey i Shadow wyraźnie zmęczeni szukali tylko miejsca, aby położyć się i odpocząć.

 

Wreszcie załadowaliśmy się na ciężarówkę. Droga w dół była… hardcorowa. Gazda pytał się czy się nie boje, twardo upierałam się, że nie. Tak na prawdę to nogi miałam jak z galarety i modliłam się, żebyśmy nie zjechali prosto w dół, albo rozbili na jakimś drzewie. Byłam pełna podziwu, że w jednym ręku trzymał papierosa, a w drugim kierownicę, a jeszcze miał czas, żeby napić się piwa 😉 Po drodze mijaliśmy inne pastwiska oddzielone drewnianymi żerdziami. Osoby, które pracowały kosą przyjaźnie nam machały na powitanie. Wreszcie wyjechaliśmy na asfaltową drogę. Po jakiś 10 minutach jazdy przez małą miejscowość zatrzymaliśmy się pod Cabana Silvica Cosena. Chciałam zapłacić za transport, ale nawet nie było o tym mowy. Gazda mocno wymachiwał rękami, wypychając pieniądze w moją stronę.

Mając w pamięci Cabane w której już spałam, byłam pełna nadziei, że tu może być podobnie. Niestety przeżyłam mega rozczarowanie. Dom był zamknięty na głucho. Szyby powybijane, zabite płytami. Jedyną oznaką, że ktoś tam przebywa były otwarte okna i terenówka na podwórku. Niestety w środku nikogo nie było. Poszłam więc szukać jakiś informacji po sąsiadach. Okazało się, że jeden sąsiad miał numer do kogoś kto się tym miejscem opiekował. Chłopak miał przyjechać po 20, więc czekało mnie kilka godzin siedzenia i czekania. No trudno, przynajmniej dzisiaj pośpię w normalnych warunkach. Acha! Żebym się nie zdziwiła.

Młody przyjechał, najpierw miał problem z tym, że musiał przyjechać, potem musiałam go wręcz błagać, żeby pozwolił mi wejść z psami, bo kazał im spać na dworze. Jak już to się udało i pokazał mi pokój z łóżkami, gdzie czuć było wilgoć, wszędzie były pajęczyny, był też piecyk kaflowy, gdzie chciałam rozpalić ogień, bo było zimno to mi nie pozwolił, bo po co. Dodatkowo w pokoju był odłączony prąd, w łazience nie było ciepłej wody, dodatkowo grzyb. Gdybym nie była już mega zmęczona, a za oknem nie byłoby już ciemno, brałabym nogi za pas i zmywała się stamtąd czym prędzej.

Nocleg w Cosnea.

Jednym słowem gdyby komuś wpadło do głowy, żeby się tam zatrzymać to odradzam. W następnej części opowiem Wam jak mnie ładnie załatwił ten chłopak następnego dnia. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.