Nasza droga na Bałkany -Start – 19.04.2019

Nasza droga na Bałkany -Start – 19.04.2019

Wyjazd na te wakacje klarował się już od dłuższego czasu. Najpierw jednak był pomysł Gruzji. Tak naprawdę do końca nie wiedzieliśmy, czy na ten urlop pojedziemy, albo kiedy pojedziemy, a załatwianie wcześniej wiz, które de facto są dość drogie, a później nie pojechanie, nie wchodziło w grę. Wpadliśmy na pomysł pojechania gdzieś bliżej. Padło na mały i bardzo górzysty kraj – Albanię! Przy planowaniu tej wyprawy trzeba było wziąć pod uwagę naszych najważniejszych pasażerów – Atrey’a, Shadow i Benia.

Obraliśmy trasę przez Słowację, Węgry, Serbię i Macedonię, ale zanim do tego przejdziemy trochę o przygotowaniach 😉

Jak już się domyślacie pojechaliśmy samochodem, ale od razu mówię, nie Alfą i nie trzeba było nas ściągać do Polski 😛 Tym razem podróż mechanicznie przebiegła bezbłędnie. Naszym pojazdem był Jeep Wrangler. Jak to mówią – mały, zwrotny, ale wariat 🙂 Przed wyjazdem został jednak trochę podrasowany i wyposażony. Co ważne, delikatnie podniesiony, żeby żadne dziury nie były nam straszne. Bo tylko Ja wiem jak dziury i kamienie potrafią popsuć dobrą wyprawę. Został też wyposażony w specjalne skrzynki do przechowywania żywności i rzeczy samochodowych. Reszta sprzętu była upakowana tak, żeby było bezpiecznie dla jadących z tyłu psów, które dodatkowo były zabezpieczone grubą siatką, aby nie przechodziły do przodu. Oczywiście okazało się, że zabraliśmy za dużo rzeczy, a bagaż można było przynajmniej o 1/3 ograniczyć. Szczególnie za dużo zabraliśmy ze sobą jedzenia – ach te słoikowe przyzwyczajenia, jakby na świecie nie było jedzenia. Jesteśmy jednak usprawiedliwieni, ponieważ wszystko to potrawy wegetariańskie, ponieważ mój towarzysz nie je mięsa, no chyba, że kiełbaskę z ogniska 😛 ale o tym to cicho i nikomu nie powtarzajcie.

Z domu wyjechaliśmy z kilkugodzinnym opóźnieniem, ponieważ jak to bywa z planami, czasami coś się przesunie, coś się opóźni i właśnie tak później wychodzi. Zamiast wyjechać w nocy, ruszyliśmy po 10 rano, już po porannych korkach, więc wyjazd z Warszawy był całkiem sprawny. Droga do Krakowa przebiegała gładko, tu też zrobiliśmy mały pit-stop na ostatnie zakupy – gaśnicę, apteczkę i kamizelkę odblaskową, bo znając naszych sąsiadów zapłacilibyśmy niezłą „pokutę” za ich brak.

Na kolację zatrzymaliśmy się tuż pod granicą z panoramą na Tatry, gdzie skonsumowaliśmy pyszniutkie kanapeczki, robione na zderzaku Jeepa.

Do Słowacji wjechaliśmy już nocą. Nie była to najprzyjemniejsza część podróży. Oczywiście nie obyło się również bez interwencji policji, która specjalnie zawróciła, aby nas skontrolować, jak się zatrzymałam na chwilę na przystanku autobusowym. Dostaliśmy wykład o tym, że tak nie wolno, że mandat itp. Przyczepili się do nie podświetlonej tablicy rejestracyjnej. Na szczęście obyło się bez dodatkowych kosztów i nas puścili. Węgry minęły gładko, a Serbię prawie całą przespałam. Chociaż trafiliśmy w sam środek wjazdu na gigantyczny targ.

Targ gdzieś na trasie w Serbii, gdzie można kupić chyba wszystko.

Wreszcie dojeżdżamy do granicy z Macedonią. Wcześniej umówiliśmy się, że każdą granicę przekraczamy ze mną za kierownicą. Dlaczego? Ponieważ dziewczyna ma przyjaźniejszą twarz i łatwiej jest jej „omotać” pograniczniaków w razie problemów. No i dużo słyszałam na temat tego, że jak prowadzi facet to przeszukanie gwarantowane, a z trzema psami w bagażniku mogłoby to być trudne. Szczególnie, że na granicy było sporo bezpańskich psów.

Tu pojawił się pierwszy problem, ponieważ totalnie zapomniałam, że na takie kraje potrzebna jest „zielona karta” czyli dodatkowe ubezpieczenie na dany kraj. My daliśmy przysłowiowej d… z tym i nie posiadaliśmy takiej. Zatrzymali nam więc paszporty i kazali kupić takowe zaraz w budynku obok. Również sprawdzili paszporty psów i to była jedyna kontrola psich papierów na jaką trafiliśmy. Piotrek poszedł zakupić Green Card za o zgrozo 50 Euro. Ogólnie to się okazało, że wcisnęli nam ubezpieczenie graniczne, a nie zieloną kartę, ale o tym kiedy indziej. Po odzyskaniu paszportów, zjechaliśmy na parking, ponieważ trzeba było wymienić żarówkę w Jeepku. Niestety to operacja dość skomplikowana, ponieważ trzeba było dostać się do narzędzi, które były w skrzynce pod bagażami.

Macedonia dostarczyła nam pięknych widoków i na pewno tam wrócimy na dłużej. Widoki są genialne, zielone góry z ośnieżonymi szczytami. Nie wiem czy wiecie, ale Macedonia słynie z Matki Teresy z Kalkuty, która pochodziła ze Skopje. My co i rusz mijaliśmy informację, że jedziemy trasą Matki Teresy.

Trasa była przyjemna i aż noga wciskała się w pedał, co oczywiście owocowało zatrzymaniem przez policję. Prowadziłam off course Ja 😛 Na szczęście mój cudowny urok osobisty zadziałał cuda i skończyło się tylko na pouczeniu i tekście: „Joanna, slow down a little and drive slooooowly.” Pan policjant był bardzo miły i puścił turystów dalej.

Co mnie irytowało i zaczynało być już męczące? Wieczne bramki i opłaty za przejazdy co kilka kilometrów. Przez całą trasę zebrało się tego dość sporo i kilka euro w plecy. Moim zdaniem, zamiast miliona bramek zrobiliby normalnie winietę, a nie tak utrudniać i spowalniać ruch, szczególnie, że za przejazdy płaciło się po 50 centów.

Opłata za przejazd na Macedońskich drogach.

Im bliżej naszego celu tym widoki robią się bardziej górzyste i coraz ciekawsze. Jesteśmy już zmęczeni i tylko czekamy aby zajechać już do Ochrydy. Psy radzą sobie zadziwiająco dobrze i absolutnie się nie skarżą, a raczej cieszą się z krótkich przystanków na rozprostowanie kości. Droga coraz bardziej staje się kręta i przez to niebezpieczna, dodatkowo robi się powoli ciemno i stan drogi się pogarsza.

Wreszcie po kilkudziesięciu godzinach w samochodzie docieramy do celu. Do Ochrydy wjeżdżamy jak już jest ciemno. Po znalezieniu naszego noclegu i rozpakowaniu się, ruszyliśmy na mały rekonesans. Psy zachwycone, że wreszcie mogą sobie polatać i przejść się na dłuższy spacer. My szukamy miejsca gdzie moglibyśmy zjeść. Finalnie jednak z tego zrezygnowaliśmy, ale ładny kawałek miasta przeszliśmy, a urokliwe i wąskie uliczki bardzo nam się podobały. Trafiliśmy również na parę ciekawych miejsc i rzeczy.

Piękne nocne widoki i księżyc odbijający się w tafli jeziora Ochrydzkiego.

Ciekawa jestem czy wiecie co to za samochodzik 😉 W kolejnym poście będzie odpowiedź.
A tu taka samowolka budowlana. Między całkiem dobrze wyglądającymi budynkami, jest taki co do którego bałabym się nogi wstawić, a z którego ze ściany wystaje blaszany komin, z którego wydobywają się kłęby czarnego dymu.

Wracając nie obyło się bez przygód, ponieważ zostaliśmy obszczekani przez lokalne bezpańskie psy, które zyskały miano „Gangu Ogona”. Dlaczego? Ponieważ w tej hałastrze był jeden mały prowodyr, który chodził na zwiad, a jak nas wyśledził to podnosił raban i zwoływał resztę. Tak było za każdym razem, kiedy się tylko do niego zbliżaliśmy.

Przejście głównym rynkiem pomiędzy małymi lokalnymi sklepami i knajpkami dostarcza nam sporej radochy.

Z przyjemnością wróciliśmy do naszego pokoju i zmęczeni, po zażyciu świeżego powietrza i rozruszaniu kości odpłynęliśmy w ramiona Morfeusza.

One response to “Nasza droga na Bałkany -Start – 19.04.2019”

  1. Anonim pisze:

    Super

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.