Nasze ostatnie dni w Rumunii.

Nasze ostatnie dni w Rumunii.

Ten dzień nie zapowiadał katastrofy jaka się wydarzyła. Rano złożyłam namiot, zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy. Krótki postój w Pietra Fatale, gdzie odwiedziliśmy słynny Hotel Zamek Draculi. Jednak byliśmy za wcześnie i mogliśmy obejrzeć go tylko z zewnątrz. Kto mnie zna wie jakim jestem fanem fantasy i wszystkiego co związane z wampirami, zmiennokształtnymi itp… To on jest twórcą wizerunku wampira. Żałuje tylko, że nie udało mi się odwiedzić tych wszystkich pięknych zamków, a szczególnie tego w Branie.

 

Po tej krótkiej wycieczce skierowaliśmy się w góry Kelimeńskie. Nasza baza wypadowa miała być zaraz za małą wsią Dornisoara. Niestety plany planami, a los splatał nam niezłego figla. W wielkim skrócie, w samochodzie poszła miska olejowa, silnik silnik stracił olej i stanął. Później się oczywiście okazało, że zatarł się na amen. Ja panika, bo gdzie w środku lasu, bez zasięgu teraz będę szukała pomocy. Na szczęście mijałam po drodze samochód w którym siedział sobie jakiś pan. Więc idę i modlę się, żeby udało mi się z nim jakoś dogadać, bo przez brak zasięgu, nawet nie mogłam włączyć tłumacza. Pana trochę przestraszyłam, bo uciął sobie drzemkę, a ja go obudziłam. Po jakimś czasie udało nam się w miarę porozumieć, poprosiłam go, żeby zadzwonił pod numer, który mu dałam i wytłumaczył o co chodzi chłopakowi po drugiej stronie. Na moje szczęście Vali odebrał i obiecał przyjechać po mnie lawetą. Więc siedziałam sobie tak parę ładnych godzin czekając na pomoc. Po ponad 4 godzinach już zwątpiłam czy faktycznie udało im się dogadać. Jednak zaraz na horyzoncie pojawiła się laweta.

Tak sobie jechałam i podziwiałam widoki zza szyby samochodu. Jednak jak mówią Alfa to królowa laweciarzy i hmm, no coś w tym jednak jest. Dojechaliśmy do mechanika gdzie zostawiliśmy samochód. Obiecał jak najszybciej sprawdzić co się stało i czy uda się naprawić. Teraz tylko musiałam przez parę dni gdzieś zostać. Poprosiłam Vasila, żeby zabrał mnie na pole namiotowe, tam gdzie wcześniej się zatrzymałam. Jednak on miał już inne plany i ulokował mnie u swoich rodziców, a dokładniej u brata w domu. Dzięki temu poznałam przesympatycznych ludzi, którzy przygarnęli mnie na te parę dni.

Jak tylko do nich przyjechałam Flora poczęstowała mnie ichniejszym bimberkiem, jak to ona powiedziała na przegonienie nerwów. Bimberek z owoców okazał się bardzo mocnym trunkiem i po jednym kieliszku odpuściłam sobie dalsze picie. Wieczorem z tych nerwów i zmęczenia padłam do łóżka i przespałam całą noc.

Następnego dnia po śniadaniu, pojechaliśmy z Florą do mechanika, niestety okazało się, że silnik kaput i trzeba było zacząć akcję ściągnięcia mnie do Polski. Tu nieocenioną pomocą okazali się moi rodzice, siostra i Damian, którzy stanęli na głowie, żebym mogła wrócić do domu. Teraz trzeba było tylko czekać na ich przyjazd.

Wbrew pozorom nie nudziłam się przez te kilka dni spędzonych u rumuńskiej rodziny. Oprócz wylegiwania się na słoneczku za domem, karmiłam zwierzaki razem z Florą, byłam na pizzy w mieście z Vio. Przeszłam się po okolicy. Wieczorami siedzieliśmy i oglądaliśmy filmy w telewizji. No i bardzo dużo rozmawialiśmy. A raczej porozumiewaliśmy się przez googla tłumacza 😉

Flora jako gospodyni za punkt honoru ustawiła sobie, że mnie podtuczy, bo jestem stanowczo za chuda i zawsze przygotowywała mi tony jedzenia i ciągle mnie się pytała czy nie jestem głodna.

Dom Flory ozdobiony był pięknym ręcznie robionym pracami. Okazało się, że gospodyni bardzo lubuje się w tego typu pracach. Ja byłam zachwycona ile czasu musiała na to poświęcić.

Razem z gospodynią- Florą.

Jak już wspominałam zakosztowałam trochę wiejskiego życia i karmiłam zwierzaki. Najbardziej jednak spodobały mi się kozy i śmieszny mały cielaczek, który był mega ciekawy i rozkosznie brykał jak się dotknęło jego nosa.

Atrey i Shadow przez większość czasu musiały być odizolowane, żeby nie ganiały zwierząt, ale nie martwcie się też miały swój czas na rozrywki. W większości ganiały się na polu za domem, w czasie kiedy ja sobie leżałam i się opalałam.

Ostatni dzień w Rumunii spędziłam jednak bardzo intensywnie. Psy tym razem zostały, a Ja pojechałam sama. Dokładnie pojechaliśmy na sianokosy do Eleny, córki Flory. Tak dostałam swoje grabie i grabiłam sianko. Dajcie mieszczuchowi porobić na wsi, to będzie miał mega radochę. Za dzieciaka u dziadków się robiło takie rzeczy, a teraz nie pamiętam kiedy tak dobrze się bawiłam na wsi. No i sama rodzinna atmosfera jaka panowała przez cały dzień, przypominała mi spotkania w moim rodzinnym gronie. Pomimo, że ich totalnie nie rozumiałam 😛

 

Flora, Christoph i Ja.

 

Po południu, krótka przerwa na posiłek. Vio wpadł na pomysł, że zabierze mnie na Vf. Piatra Lui Orban 1463 m. Dzięki czemu zaliczyłam przynajmniej jeden szczyt w górach Kelimeńskich. Początkowo do szlaku dojechaliśmy ciężarówką. Krótka podróż na pace samochodu, boleśnie odbiła się na moich pośladkach. Jednak chwilę niewygody w całości rekompensowały widoki i towarzystwo.

 

Droga była przyjemna, szliśmy dość szybkim tempem. Chociaż było mega gorąco i trochę się zasapałam. Dodatkowo śliskie adidaski nie ułatwiały podejścia, za to Vio nie miał żadnego problemu z podejściem. Na samym szczycie stoi sobie krzyż, który świeci w nocy, a oświetlany jest przez baterie słoneczne. Na górze chwilę siedzimy i odpoczywamy. Ciesząc się widokami. A jest na co popatrzeć, ponieważ rozciąga się widok zarówno na góry Kelimeńskie, jak i Rodniańskie, a w środku tego wszystkiego w dolinie widać w całej okazałości piękne jezioro Colibita.

Razem z Vio na szczycie 🙂

Piękna panorama na Kelimeny z Vf. Piatra Lui Orban.

W niedzielę trzeba było się już zbierać do domu. Pozostało tylko czekać, aż przyjadą i będziemy mogli zapakować złomka na lawetę.

Z Polski przyjechała po nas zacna ekipa w składzie Natalia, Damian i Michał. Wielkie brawa dla nich za całą drogę jaką pokonali. Nie było łatwo, ale dali radę.

Na granicy Rumuńskiej jeszcze humory dopisywały. Jednak czekała nas długa droga do Polski.

To już koniec naszych przygód w Rumunii. Spotkało mnie tu dużo dobrego i kilka tych niezbyt przyjemnych sytuacji nie zepsuło naszego wakacyjnego wyjazdu. Mam szczerą nadzieję, że uda mi się wrócić do Rumunii i odwiedzić ludzi, którzy okazali mi dużo serca i pomogli, kiedy sytuacja tego wymagała. Wielkie podziękowania dla Vali’ego, Vio i Flory za te kilka wspólnie spędzonych dni.

 

One response to “Nasze ostatnie dni w Rumunii.”

  1. Krzysztof pisze:

    „przez brak zasięgu, nawet nie mogłam włączyć tłumacza” – Na przyszłość radzę sobie ściągnąć potrzebne języki w trybie offline, jest taka możliwość i już parę razy mi się to baaardzo przydało! To samo staram się robić z mapami dla GPS. Internet ma to do siebie, że jak go najbardziej potrzeba to wtedy łącze pada :))))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.