Ochryda i Jezioro Ochrydzkie – Macedonia.

Ochryda i Jezioro Ochrydzkie – Macedonia.

Ochryda zwana perełką Macedonii. Jest to najdłużej istniejące i nieprzerwanie działające osiedle ludzkie na świecie. Przepiękne miasteczko w południowo-zachodniej Macedonii leżące nad brzegiem jeziora Ochrydzkiego otoczony zewsząd górami. Ochryda słynie z długiej i ciekawej historii, licznych cerkwi, wąskich uliczek i pięknych pereł. Zdecydowanie, żeby dobrze zwiedzić to miasteczko i jego okolice potrzeba trochę więcej czasu niż jeden dzień. My zrobiliśmy sobie dość intensywny spacer i staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej.

Trochę o samej Ochrydzie. Jak już wspomniałam miasto to, ma bogatą i długą historię. Pierwsze ślady człowieka są datowane na około 6 tyś lat p.n.e. Historia mówi, że pierwszą nazwą dzisiejszej Ochrydy było Lychnidos, którą nadał Kadmos, król Teb. W IV w p.n.e. miasteczko było we władaniu Macedończyków, ale już w II w p.n.e. podbili je Rzymianie, którzy poprowadzili tędy słynną Via Egnatia, czyli starożytna droga rzymska z Durres do Konstantynopola. Warto wspomnieć, że najstarszą jest Via Appia, a Via Egnatia była jej zamorskim przedłużeniem.

W 879 roku pierwszy raz pojawiła się nazwa miasta: „Ohrid”. Legenda mówi o Słowianach, którzy zobaczywszy to miejsce krzykneli: „och, rid!” co oznacza – och, wzgórze! Za czasów kiedy Ochryda była pod panowaniem Bułgarów bardzo prężnie się rozwijała. Za czasów Cara Samuela powstała również twierdza, której pozostałości możemy podziwiać po dzień dzisiejszy. Przez jakiś czas miasto było w niewoli tureckiej. Należało również do Serbii i Jugosławii, aż wreszcie zostało dołączone do Macedonii. Co ciekawe uważa się, że to właśnie w Ochrydzie św. Klemens Ochrydzki stworzył cyrylicę i nazwał ją tak na cześć swojego nauczyciela Cyryla. Wiele osób sądzi, że to Cyryl stworzył cyrylicę. Przyznam szczerze, że Ja też tak myślałam, dopóki nie zagłębiłam się w historię tego miejsca.

W Ochrydzie byliśmy w czasie naszych Świąt Wielkanocnych. Dlatego gospodyni na śniadanie przygotowała nam jajka, żebyśmy mogli skromnie uczcić nasze święto.

Nasza wycieczka zaczęła się ścieżką zaczynającą się tuż przy naszym hotelu. Która wiedzie brzegiem jeziora, stromymi klifami, aż wreszcie schodzi do samego serca miasteczka.

Kierujemy się na lewo i schodami wspinamy się na klify z których rozciąga się widok na piękną panoramę jeziora i gór. Na ścieżce nikogo nie spotykamy, dlatego psy są zachwycone możliwością bezsmyczowego biegania.

Trafiamy do miejsca gdzie ścieżka się rozchodzi, można skręcić w lewo, albo w prawo. My, a raczej Atrey z Beniem wybrali sobie ścieżkę w prawo. Czyli prosto do wody. Bo nie ma spaceru bez porządnej kąpieli. Woda jest przejrzysta i gdyby nie była taka zimna, sama chętnie bym do niej wskoczyła.

Jezioro Ochrydzkie jest niezwykle przejrzyste. Znajduje się na wysokości 750 m n.p.m. i od 1979 roku jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jezioro to jest nazywane także „żywym muzeum”. Dlaczego? Już śpieszę z wytłumaczeniem. Jest to najstarsze jezioro w Europie! Ma około 3-5 mln lat. Jest to jezioro tektoniczne, tak jak sławny Bajkał. Dzięki swojej niezwykłości zachowały się tutaj różne endemiczne gatunki. Najsłynniejszym jest Pstrąg Ochrydzki- obecnie gatunek zagrożony. W Macedonii jego połów jest zakazany, niestety w Albanii tylko w jednym okresie w roku- podczas tarła.

Jak to zwykle bywa przy psach i wodzie, głupawka gwarantowana. Benio dopiero poznaje wodny świat i czasami jeszcze niepewnie stąpał po wystających ponad wodę skałach.

Shadow i jej trzy twarze 🙂

Beniowi troszkę się szeleczki przesunęły od tego wariowania.

Po tym jak już psy wyszalały się w wodzie, zmierzamy do pierwszego miejsca, które mamy na liście do odwiedzenia. Cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo. Mała prawosławna cerkiew z XIV w. Do środka nie wchodzimy, tylko patrzymy na nią z zewnątrz. Ładnie zachowana, ale podobno była wykonywana renowacja środka. Szybko jednak stamtąd uciekamy, bo trochę krzywo patrzą, że jesteśmy tam z psami. Chociaż nikt uwagi nam nie zwrócił.

Cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo

Dalej ścieżka kieruje nas już prosto do miasteczka pomiędzy małe i ściśnięte budyneczki. Znowu trafiamy na mały, biały kultowy samochodzik. Dla tych co się tak mocno zastanawiają co to za sprzęt. To Zastava 750. W Ochrydzie co i rusz się natykamy na takie pojazdy w naprawdę różnym stanie. Od rozwalających się i ledwo jeżdżących, po fajne i odrestaurowane sprzęty.

Zastava 750

Z każdego wzniesienia można dostrzec wieżyczki, czy inny zarys kolejnego kościoła, cerkwi, czy innej świątyni. Podobno w średniowieczu było tutaj 365 świątyń! Teraz jest zdecydowanie mniej, ale jak na mój gust i tak za dużo. Nie jestem jakąś wielką fanką zwiedzania kościołów, ale chętnie podziwiam te okazałe budowle i ich wykonanie.

Kolejną świątynią na którą się natykamy jest jeden z najważniejszych zabytków Macedonii. Cerkiew św. Zofii powstały w XI w. Wizerunek świątyni znajduje się na jednym z banknotów. Do środka nie wchodzimy, tylko oglądamy z zewnątrz.

Skręcamy uliczką w lewo i kierujemy się w stronę promenady. Trzy psy wzbudzają z jednej strony strach u mieszkańców, a z drugiej zachwyt innych turystów. Szczerze powiem, że nie wiem skąd się to bierze, ale miejscowi po prostu albo się boją psów na smyczy, albo po prostu psów nie lubią.

Chwilę się zastanawiamy co dalej, ale pada decyzja, że idziemy zobaczyć twierdzę. Najpierw jednak trafiamy na ruiny starożytnego teatru greckiego. Teatr powstał ok 200 roku p.n.e. Zachowała się tylko dolna część trybun. Amfiteatr wykorzystywany był jako arena walk gladiatorów, ale także do egzekucji chrześcijan, co skutkowało małą popularnością wśród mieszkańców i tym samym rujnacją teatru. Został on zasypany, aby zapomnieć o hańbiących wydarzeniach. Co fajne, jest to teren otwarty i nie ma żadnych biletów wstępu. Psy też bez problemu mogą tam wejść.

Antyczny grecki teatr

Obok teatru jest knajpa Gladiator, podobno ma całkiem dobre jedzenie. My chcieliśmy się zatrzymać tam na piwo, ale niestety nie mieli dużego, a wiadomo, że małego to się nie pija i ruszyliśmy dalej w stronę twierdzy.

Zanim jednak tam dotarliśmy trafiamy na kolejne zabytki. Te oglądamy tylko z zewnątrz i do nich nie wchodzimy. Płatne wejście do miejsc kultu powinno być zabronione. Strasznie nie fajnie, że nie można wejść do świątyni. Cerkiew św.Pantelejmona ma ciekawą i bogatą historie. Ja wspomnę tylko, że to właśnie obok tego klasztoru powstał uniwersytet, który był  ośrodkiem  słowiańskiej działalności literackiej i kulturalnej. To własnie tu nauczano języka głagolickiego- cyrylicy. Obok można zobaczyć wczesnochrześcijańskie baptysterium (IV/VI w.) na Plaosniku.


Cerkiew św.Pantelejmona

Docieramy wreszcie do głównego punktu programu. Przyznam szczerze, że miałam pewne obawy czy uda nam się tam wejść z psami. Na nasze szczęście nie było z tym absolutnie problemu. Mowa tu o twierdzy Cara Salomona. Raźnym krokiem przekraczamy bramy twierdzy.

Twierdza pochodzi z XI w i obejmowała swoimi murami wzgórze ze wszystkich stron, oprócz południowej części od strony wody. Została jednak wybudowana na pozostałościach po twierdzy z IV w p.n.e. prawdopodobnie przez Macedończyków. Mury miały długość około 3 km, a do starej części miasta wchodziło się przez 3 bramy z których została tylko jedna – Gorna Porta.

Najpierw idziemy zobaczyć wszystko z ziemi, mury są bardzo okazałe. Niestety do tej fajniejszej części z dziurami w ziemi wchodzić nie można bo jest zagrodzone. Szkoda, bo Ja takie lubię najbardziej oglądać. Tu się nachylę, tam zerknę. No co ja powiem, lubię dziury w ziemi 😛

Czas jednak wejść na mury. Atrey i Shadow nie mają najmniejszego problemu ze wspięciem się po stromych schodkach. Benio jednak ma delikatne problemy, przez swój mały lęk wysokości. Daje się przekonać i śmiało za całą gromadą idzie w górę. Najpierw kierujemy się od bramy w lewo w stronę wieżyczek. Całkiem spora ilość turystów to mały kłopot dla przejścia z psami, ale dajemy sobie radę.

Z murów rozciąga się genialny widok na wodę i budyneczki w dole. Nam za to bardzo spodobały się postawione na wieżach drewniane konstrukcie z których można korzystać.

Benio dzielnie walczy z lękiem wysokości i jak widać dobrze mu idzie 🙂

Ja już na prawą stronę murów nie szłam z psami, za to wolałam sobie popodziwiać z dołu.

Czekając na dole na chłopaków, zostajemy zaczepieni przez chłopaka, który nam sprzedawał bilety, a który koniecznie chciał pogłaskać psy. Tu też znowu spotkaliśmy się z przesadną reakcją miejscowych na Atrey’a i Shadow. Paniczny strach przed psami, nawet jak te są dobre dwa metry od nich. Turyści innych nacji nigdy tak nie reagowali na nas, a Ci są przerażeni. Strasznie to dziwne i człowiek czuje się w takiej sytuacji dość nie komfortowo, bo psy nic nie robią, a są odbierane jako jakieś potwory.

Shadow jest zdegustowana zachowaniem ludzi, przecież ona nic im nie robi!

Trochę już zmęczeni postanawiamy wracać i podejść do jakiejś knajpki na jedzenie. Jak możecie się domyśleć, jest to spory problem z trzema nie do końca małymi psami. Nawet w restauracjach ze stolikami na zewnątrz nie koniecznie można usiąść. Plan był taki, że pójdziemy do wcześniej upatrzonej, trochę się to jednak zmieniło i fajnie, bo dzięki temu odkryliśmy fajne przejście drewnianym pomostkiem. Tu znowu napotykamy się z problemem nie lubienia psów, a na tak wąskim przejściu ciężko jest się minąć. Przez to, ze ludzie się tak zachowują, Benio to wyczuwa i sam ma problem, żeby ich minąć.

Wreszcie udaje nam się też znaleźć restaurację, która nas wpuści z psami. Fajnie na tarasie, zaraz przy samej wodzie. Jedzenie smaczne, nawet rybka była dobra.

Powoli robi się już chłodno, psy są też już widać zmęczone całodziennym zwiedzaniem, więc wracamy do domu. Co jeszcze ciągle przyciąga nasz wzrok? Sklepy z perłami. Praktycznie na każdym rogu w wąskich uliczkach jest zlokalizowany sklep z biżuterią, gdzie królują perły. Ochryda z tego słynie, a to ze względu, że perły u nich wytwarzane są jedyne w swoim rodzaju. Czy wiecie, że perły można wytwarzać nie tylko z małż? Wytwarzane z łusek ryby o nazwie płaszica. Ponoć zajmują się tym tylko dwie rodziny. Są bardzo znane i nosi je nawet królowa Elżbieta, która jest wielką fanką pereł.

Czas niestety ucieka, słońce zaraz zajdzie i wracamy do hotelu. Niestety jeszcze odbija się na mnie zmęczenie po podróży i mimo, że chciałabym zobaczyć sam zachód słońca z klifu, to jednak wolę udać się do łóżka, bo następnego dnia w planach mamy już przejazd do Albanii.

One response to “Ochryda i Jezioro Ochrydzkie – Macedonia.”

  1. Anonim pisze:

    Piękne widoki i widzę coś dla siebie. BŁYSKOTKI😁. Buus dostałam czarną sól. Bleee

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.