Południe Albanii i Park Narodowy Butrint

Południe Albanii i Park Narodowy Butrint

Czas się ruszyć na południe i odwiedzić morze. Początkowo dalej poruszamy się wzdłuż rzeki Aoos, droga przyjemna, wreszcie w miarę płaska i nie kręta. Ładna dolina w otoczeniu górskich szczytów.

Prawym brzegiem jedziemy, aż do Dragot gdzie jesteśmy zmuszeni przeprawić się na drugą stronę, po bardzo wątpliwej budowy moście. Cały pokryty rdzą i drewnianymi deskami. Hmmm no super… 🙂 Wbijamy się na drogę SH4, która również biegnie wzdłuż rzeczki. Tu widać, że rzeka miejscami została poprawiona przez ludzi, ponieważ przez jakiś czas płynie wybetonowanym korytem. Woda jest na tyle przejrzysta, że spokojnie z samochodu widać rośliny i gdzieniegdzie dno.

W Gjirokastrze decydujemy się na zrobienie zakupów w jakimś lokalnym markecie. Mając w perspektywie wieczorne ognisko zaopatrzyliśmy się w kiełbaski- tutaj rada, jeżeli macie możliwość przywieźcie sobie z Polski, bo ta ichniejsza koło naszej to nawet leżeć nie ma prawa. Bez smaku, taka jakaś watowata. Nie polecam, a różne rodzaje przez cały wyjazd jadłam. Za to w lokalnym sklepiku kupiliśmy placki ze szpinakiem i serem z ciasta francuskiego. Tu trzeba przyznać, że robią je bardzo smaczne. Nie przepuściliśmy również okazji, żeby kupić pomidory i ziemniaki. Pani sprzedawczyni delikatnie nas na ziemniakach oszukała, no ale cóż, taka niedola turysty, że go z każdej strony chcą oskubać.

Jadąc dalej na południe krajobraz trochę nam się zmienia. Pamiętam mój wyjazd do Chorwacji i wjazd na górę św. Jerzego- krajobraz był bardzo podobny. Nawet betonowe słupki na poboczu są takie same.

Któryś raz z kolei na naszej drodze zza zakrętu wyłania się krowa. Stoi sobie mlaskając pyskiem i patrząc się beznamiętnym wzrokiem w naszą stronę. Z lekką pogardą i dezaprobatą, że zakłócamy jej spokój.

Kończy się płaski teren i znowu zaczyna się kręta, górzysta droga. Wreszcie późnym popołudniem naszym oczom ukazuje się morze, które mocno odbija promienie słoneczne.

Dojeżdżamy do Ksamil, skąd mamy jechać na upatrzoną wcześniej plażę. Trzeba najpierw przebić się przez kręte uliczki. Szczerze przyznam, że dawno takiego syfu jak tam, nie widziałam. Ilość śmieci i wychudzonych psów na myśl przywodzi slumsy w niebezpiecznych dzielnicach. Nie chciałabym tam się znaleźć po zmroku. W końcu wyjeżdżamy z tego zadupia na piaszczystą drogę i jedziemy pod górę mijając gospodarstwa ze zwierzętami.

Tutaj przeżywamy lekkiego wk..wa, dosłownie! Bardzo przedsiębiorczy ludzie zagrodzili dojazd do plaży wielką niebieską bramą z ogrodzeniem. Nie da się tego objechać. Nawet zapytani miejscowi, mówią, że otwierają to tylko w sezonie. No cóż, z nietęgimi minami zawracamy samochód i kombinujemy gdzie moglibyśmy się rozbić na noc. Czas nas trochę nagli, bo jest już dość późno i przydałoby się jednak znaleźć miejsce jeszcze za widoku.

Wyczailiśmy drogę, która wiedzie do samego brzegu morza. Na satelicie googlowej widać ślad drogi, postanawiamy sprawdzić ten trop. Okazał się mega strzałem w 10. Zjeżdżamy z głównej drogi SH81. I trafiamy na brukowaną drogę, widać, że jest mega stara, niestety nie udało mi się znaleźć informacji jak bardzo. Wzdłuż drogi rosną drzewka oliwkowe. Pomiędzy biegają kozy i owce. Psy w samochodzie dostają lekkiego świra, a mnie boli tyłek od ciągłego obijania. Kto jeździł choć trochę terenowym samochodem zna mój ból. Tak bardzo jak było czuć każdy kamień w takiej drodze, to wie tylko mój tyłek i kręgosłup, który próbował wszystko amortyzować.

Po wielkich męczarniach dojeżdżamy do morza, droga się rozwidla w prawo i lewo. My wybieramy w prawo i zaczyna się poszukiwanie miejsca do rozbicia namiotu. Trafiamy do pierwszej zatoczki. Zielono, dużo drzew i krzewów. Niestety widać też bytność zwierząt gospodarskich, szczególnie krów i ich placków. Po wstępnym obejrzeniu ciekawość goni nas dalej, jakbyśmy nic ciekawszego nie znaleźli to mieliśmy wrócić tutaj.

Droga zaczęła się delikatnie zwężać, więc zostawiliśmy samochód w miejscu gdzie moglibyśmy jeszcze zawrócić i postanowiliśmy przejść się ten kawałek, żeby zobaczyć czy da się przejechać. Po paru minutach ukazała nam się druga zatoczka, dużo fajniejsza, więc wracamy do Jeepka i jedziemy. No i tutaj znowu ciekawość nas goni, więc znowu to samo, zostawiamy samochód i mały spacerek. Mijamy ruiny jakiegoś budyneczku i trafiamy na TO miejsce! Tak to jest dokładnie miejsce gdzie chcemy się rozbić. Tylko teraz trzeba tu dojechać. Jest duże prawdopodobieństwo, że Jeepek się nie zmieści i oczyma wyobraźni widzę, jak zsuwa się do wody. Piotrek jednak jest uparty i chwała mu za to i jakoś udaje mu się przejechać. Osobówką, nie ma szans na przejazd. Tylko ktoś zdrowo walnięty, by się tam pchał 😛 Na zdjęciu może nie wygląda to mega niebezpiecznie, ale grunt nie jest aż tak stabilny i parę centymetrów nie w tą stronę i leci się ze skarpy.

Wreszcie jest miejsce gdzie przez najbliższe dwa dni planujemy posadzić swoje leniwe tyłki 🙂 Mała zatoczka idealna na camping. Psy wypuszczone z samochodu, popędzimy do wody, a tu małe zdziwko, bo woda słona, nie dobra, ale za to zimna i można popływać. Poza tym wszędzie bufet w postaci kup kóz i krów. No raj dla nich.

Znowu następuje standardowy podział ról, Ja rozbijam namiot, a Piotrek idzie po drewno na ognisko. Musicie wiedzieć, że w takich miejscach jest naprawdę ciężko z opałem, dookoła same krzaki, Drzewa tylko przy brzegu, ale też ścinać drzew nie zamierzamy. Piotrek uzbrojony w siekierę przepadł gdzieś razem z psami, a Ja w sumie zdążyłam już rozłożyć większość rzeczy. Nagle wyłania się on! Bez drewna, po takim czasie! No myślę sobie – pięknie to ja tu tyram, a on sobie spacerki urządza! Dostaję prikaz, żeby z nim iść bo znalazł drewno, tylko muszę mu pomóc je wyciągnąć. Luzik, szybko się uwiniemy i mamy drewno. A gucio! Drewno owszem i jest, w postaci wielkiego zwalonego drewna, które trzeba wyciągnąć z wody dobre dwa metry wyżej. Gałęzie ma zamoczone w wodzie, po blokowane i weź człowieku się teraz męcz i to wyciągaj. No nie ma szans. Ciągnę w każdą stronę, a to uparte nie chce iść. Tu siekiera poszła w ruch i trochę drzewo oprawione zostało, ale dalej za ciężko tak wyciągnąć, poza tym nie ma czym złapać, a pod górkę to i się ślizga wszystko i ja mam wizję wybitych zębów. No i na jaki pomysł wpadł mój luby? Wyciągniemy to cholerstwo pasami! Tak, poszedł po pasy, do wyciągania Jeepa i ja jak ten wół roboczy zostałam do nich zaprzęgnięta. Serio jak widzieliście filmiki z koniem, który wyciąga w górach drzewo – to właśnie ja tak wyglądałam. Aż żałuję, że nie mamy z tego filmiku. Oczywiście, żeby nie było mamy równouprawnienie 😛 Ale tak na serio, to i tak większą część roboty i siły musiał włożyć Piotrek. Co następnego dnia skutkowało u niego zakwasami.

Takie fajne palenisko sobie zrobiliśmy na noc. Ułożone wysoko kamienie od strony morza fajnie odbijały ciepełko i tworzyły super piecyk dla naszych ziemniaczków. Nocka była cieplutka, a ilość gwiazd… no ciężko to opisać, to trzeba zobaczyć.

Tak wyglądało obozowisko od razu po tym jak przyjechaliśmy.

Rano z namiotu wygonił nas dźwięk dzwoneczków i beczenia. Oho, zajęliśmy komuś miejsce do wypasu. Wyczłapuję się z tego namiotu, trochę koślawo, zaspana, a tu mi maszeruję armia kóz. Psy podniosły mały raban, bo nie wiedziały co się dzieje.

Pogoda z rana, była jak sami po zdjęciach widzicie nie ciekawa. Pochmurno, chłodno i zaczynało trochę grzmieć i się błyskać. No tego nam jeszcze brakowało, burzy. Wpadłam na genialny pomysł, rozstawienia tarpa. Co prawda miał on służyć jako ochrona od słońca, ale genialnie sprawdził się jako ochrona przed deszczem. Zdążyliśmy go rozłożyć, jak niebo się otworzyło i lunął potężny deszcz. Psy zmoczyło tak, że aż się pod Jeepka schowały. Śniadanko zjedzone, pogoda kiepska, nie bardzo jest co robić, więc odpoczywamy w namiocie.

Po jakimś czasie postanowiły odwiedzić nas krowy. Atrey nie reagował, Shadi też tak jakby, ale Benio za to był ich bardzo ciekawy. Ciekawy na tyle, że poszedł je odwiedzić. Tak mu się później to spodobało, że nawet jak sobie już poszły, to często chodził w tamto miejsce patrząc czy na pewno ich nie ma.

Trochę się rozpogodziło, to zostałam zmuszona do pójścia na spacer. Ah muszę wspomnieć, że wcześniej przy nabieraniu wody, Benito potrącił mi wiadro i woda zmoczyła mi całe buty, a poprzednie pomoczyłam w źródłach, wiec nie miałam w czym chodzić. Jedynymi butami, które miałam to były wodne z gumową podeszwą. Ktoś z was chodził po kamieniach w takich? Bo ja właśnie miałam okazję się przekonać, jak duży błąd popełniłam. Ała!!!

No, ale czego nie robi się dla tych czworonożnych łajz.

Widać, że psy mega zadowolone, bo mogą sobie swobodnie pobiegać, popluskać w wodzie.

Kolejnym moim błędem było ubranie się w krótkie spodenki, roślinność tutaj walczy z otoczeniem i chyba wszystko miało kolce i chciało mnie zaatakować. Za to idealnie trymowało psy.

Z naszego wzgórza mieliśmy idealny widok na Korfu. Również widzieliśmy zamek Alego Paszy. Był to punkt strategiczny, bardzo ważny dla Alego, ponieważ to tu kontrolowany był ruch morski między Korfu, a wybrzeżem Albanii.

Wycieczka była krótka, ale moje stopy już nie dawały rady iść po tych kamieniach, a brzuszek mówił, że głodny, to postanowiliśmy wrócić i zrobić obiadek.

Strogonow z kaszą na liściu sałaty.

Muszę wam powiedzieć, że genialnie sprawdzał nam się zestaw turystyczny kupiony w Decathlonie. Garnek, patelnia, 4 kubki, sztućce i 4 talerze. Dla nas idealny.

Wieczorkiem znowu czas na ognicho. I gigantycznych rozmiarów ognisko.

Zbrodnia niesamowita, Piotrek robi kiełbaski na ognisko. Dowód, że zdarza mu się jeść mięso!

Następnego dnia, wstać mi się nie chciało bardzo. No, ale w planach mamy przemieszczenie się na północ, wiec nie ma rady, pakujemy się i jedziemy. Znowu czeka nas przejazd przez newralgiczne miejsce, koło ruin. Tym razem jest ciężej, bo kierowiec nie widzi końca skarpy, ale manewruje i udaje się przejechać.

W planie mamy odwiedzenie Parku archeologicznego w Butrint. Parkujemy tuż przy wejściu i idziemy się spytać czy możemy wejść z psami. Na szczęście nie mają z tym żadnego problemu, więc wracamy się po oziki, kupujemy bilety i zaczyna się zwiedzanie. Od razu przy wejściu w oczy rzucają mi się przewodniki, wypisane punkt, po punkcie z mapką budowle. Jakie było moje zaskoczenie jak był też po polsku. Darmowa karteczka, którą każdy może sobie wziąć. Super sprawa, bo nie trzeba tłumaczyć, a wszystko jest opisane.

Pierwszym punktem jest Wieża Wenecka zbudowana w XV i XVI w.

Każdego punktu opisywać nie będę, musicie sami pojechać i zobaczyć, ale kilka smaczków wam pokarzę.

Wchodzimy w alejkę z wielkimi drzewami, jak głosi tabliczka to eukaliptusy. Tylko misia koali brakuje.

Idziemy tak sobie zacienionymi alejkami i trafiamy do teatru antycznego, który został wybudowany w IIIw p.n.e, w późniejszym czasie przebudowany na styl rzymski i faktycznie widać miejsca, gdzie to budownictwo jest inne.

Żółwie greckie żyjące w swoim naturalnym środowisku

Zaraz obok teatru znajduje się łaźnia publiczna. Szkoda, że już nie działająca, bo my bardzo lubimy 😛

Dalej trafiamy na zabudowania miejskie, gimnazjon, forum, wille miejską.

Shadow dumnie pozuje do zdjęć
Ja też się załapałam z ekipą

Wreszcie docieramy do miejsca, które najbardziej chciałam obejrzeć i najbardziej się rozczarowałam. Dlaczego? Dotarliśmy do baptysterium z chrzcielnicą i piękną mozaikową podłogą z początku VI w. Niestety owa podłoga jest zasypana i odkrywana dla turystów raz na kilka lat.

Dalej mamy fontannę nimf i Wielką Bazylikę.

Tak sobie chodzimy i zwiedzamy te ruiny i trafiliśmy do Bramy Lwa. Oni chyba byli karłami, bo trzeba się czołgać, żeby pod nią przejść.

Ostatnimi punktami wycieczki jest Twierdza Wenecka z XIV w, którą odbudowano w 1930 roku i muzeum w którym możemy znaleźć zabytkowe przedmioty i rzeźby znalezione przez archeologów.

Według legendy Butrint został założony przez uciekinierów z Troi, którzy składali ofiarę z wołu, ten uciekł ranny i dopłynął do brzegu, gdzie zmarł. Helenus uznając to za znak od Bogów, założył tam miasto i nazwał Buthrotum czyli „miasto wołu”.

Miejsce jest bardzo fajne i jest dużo perełek architektonicznych. Dla kogoś kto interesuje się historią miejsce konieczne do odwiedzenia.

Poniżej przedstawiam wam mapkę z naszej trasy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.