Pomiędzy górami Marmaroskimi, a Rodniańskimi.

Pomiędzy górami Marmaroskimi, a Rodniańskimi.

Cosnea to niezbyt przyjazne miejsce dla turysty z psami. Miejscowi nie patrzyli na nas przyjaznym wzrokiem. Plan był taki, że ruszę nad Lacul Vinderel, ale z powodu zwichniętej kostki postanowiłam, że odpuszczam i wracam do samochodu. W Borsie szukam noclegu i regeneruje siły. Dogadałam się z właścicielką Cabany, że dam pieniądze na paliwo, a młody mnie zawiezie do Borsy. Dla mnie super sprawa, nie będę musiała kombinować z transportem. Wsiadamy do jego passata i jedziemy. Po jakiś 10 minutach jazdy, chłopak się zatrzymał i każe mi wysiadać z samochodu. Ja nie mam pojęcia o co chodzi, próbuję mu tłumaczyć, ze inaczej się umawialiśmy, a on swoje, że dalej nie jedzie. Mam łapać stopa i wyrzuca moje rzeczy z samochodu. Tak szybko to zrobił i jeszcze szybciej odjeżdżał, że nie zdążyłam sprawdzić czy wszystko mam i w efekcie został u niego mój jeden sandał. Wkurzona, próbuję się zorientować gdzie Ja jestem. Ludzie omijali nas szerokim łukiem, jakbyśmy mieli jakąś chorobę zakaźną. Wreszcie zlitowała się kobiecina na rowerze i okazało się, że jestem zaraz za Poienile de sub Munte. Wystawiam tego nieszczęsnego kciuka i próbuję złapać okazję. Mijają nas samochody, ale szczęście nam sprzyja, bo oto zatrzymuję się miły starszy Pan i proponuję podwózkę do Leordina i tłumaczy, że stamtąd złapie dalej do Borsy. W Leordina wysadza mnie na wylotówce. Zdążyłam zdjąć plecak i dać psom pić, a tu nadjechał bus, który bardzo chętnie zabrał nas ze sobą. W busie byliśmy nie lada atrakcją. Wszyscy chcieli głaskać psy i karmić je tym co mieli. Ogólnie było bardzo miło, pomimo, że totalnie nie rozumiałam co do mnie mówią i tylko głupkowato się uśmiechałam 🙂

W Borsie wysiedliśmy w samym centrum. Dzieci podchodziły i chciały głaskać Atreya i Shadow. Niestety szybko musiałam się zbierać, bo czekała nas jeszcze droga do Baile Borsa. Tu też próbowałam złapać stopa. Po jakimś czasie zatrzymał się chłopak, który kiedyś tu mieszkał i teraz jedzie w odwiedziny. Jak mu pokazałam gdzie muszę dojechać, okazało się, że właściciel tego pensjonatu jest jego kolegą. Zadzwonił do niego i zapowiedział, że wiezie turystkę z Polski z psami. Opowiadał mi trochę o okolicach, o biedzie jaka tu panuje, jak młodzi stąd uciekają. Pokazał mi swoją starą szkołę, z której zostały tylko ruiny. Wreszcie dotarliśmy na miejsce i przepakowałam się do samochodu.

Nocleg postanowiłam znaleźć w Borsie. Wcale nie było to łatwe. Odbijałam się od pensjonatów jak piłeczka pingpongowa. Noclegi były, a i owszem. Niestety nikt nie chciał przyjąć mnie z psami. Na polu namiotowym nocować nie chciałam. Wreszcie trafiłam do pensjonatu tuż przy szlaku na Pietrosul. Tam udało się załatwić nocleg na dwie noce za 200 lei. Drogo, ale przynajmniej jest łóżko i prysznic.

Dwa dni gdzie na zmianę, jadłam leżałam i wychodziłam z psami na krótki spacer.

Widok z balkonu pokoju.

Widok na góry Rodniańskie.

Szpital w Borsa.

W każdej mijanej miejscowości można było spotkać piękne drewniane rzeźby.

 

 

 

 

 

 

 

 

Po prawo mamałyga z najlepszym sosem z grzybów jaki jadłam.

Po lewo pstrąg. Ja nie jadam ryb, a to danie zamówiłam przez totalne nie zrozumienie menu.

Miodek, który dawali mi za każdym razem, kiedy zamówiłam herbatę.

Na ścianach restauracji można było znaleźć piękne malowidła i talerze z różnymi rysunkami.

Trzeci dzień był na tyle ładny, że przeznaczyłam go na zwiedzanie. Samochodem przez malowniczą i krętą drogą pojechaliśmy na przełęcz Pasul Prislop 1413 m. Przełęcz oddziela pasmo gór Marmaroskich i Rodniańskich. Jechaliśmy zboczami wzgórz. Gdzie nie gdzie zza drzew wyłaniał się widok na domostwa w dolinie. Kolorowe budynki poprzeplatane z drewnianymi chatami. Tutaj ma się wrażenie, że każda wolna przestrzeń jest zabudowana. Od głównej drogi odchodzą tak jakby betonowe, albo drewniane pomosty, które niekiedy prowadzą bezpośrednio do salonu w domu. W pewnym momencie kończą się domy i zaczyna się las. Przy drodze mijamy pasieki z pszczołami i pana, który sprzedaje lokalne miody.

Jedziemy dalej. Tuż przed szczytem mijamy opuszczony wielki budynek, przypuszczam, że jakiś stary hotel, na którym można zobaczyć znaki pozostawione przez naszych rodaków. Tak, zaspreyowana ściana, a tam nieśmiertelna L w kółeczku.

Wyjeżdżamy na wielki plac. Po lewej usytuowane są Cabany w których turysta może się zatrzymać, również jakiś regionalny sklepik z pamiątkami. Po prawej mamy świątynie. Jedna jest murowana, a drugi kościółek jest drewniany. Mi udało się wejść do tego murowanego. Pierw przechodzimy przez jeden budynek, pod wielkim łukowatym sklepieniem. Wracam się z psami do samochodu, bo chciałabym wejść do świątyni. Na szczęście nie jest gorąco, okna pootwierane i mogę zniknąć na te parę minut.

Manastire Pasul Prislop-Sf. Treime/Schimbarea la Fata

 

Świątynia surowa w środku, ale przyozdobiona mnóstwem kolorowych chust i obrazów. Piękny drewniany ołtarz w centralnej części przyciąga wzrok odwiedzającego.

 

 

Zaraz przy wejściu do świątyni po prawej stronie stronie znajdowały się małe dzwony z kolorowymi wstążkami. Wypolerowane i błyszczące w słońcu. Nie mogłam się powstrzymać i sobie zadzwoniłam – na szczęście. 😉

Wycieczka była szybka, zaczęło przybywać turystów, Ja się zebrałam i ruszyliśmy w drogę powrotną. Wracając zatrzymaliśmy się przy małym wodospadzie. Psy się schłodziły, a Ja zjadłam mały posiłek.

 

Po skończonej wycieczce kierujemy się do Complex Turistic Borsa. Chciałam stamtąd następnego dnia wyruszyć w góry Rodniańskie. Z braku lepszych zajęć czas spędziliśmy w samochodzie i jego obrębie. Poszłam też zobaczyć ten ich wyciąg, bo chciałam skorzystać, ale choćby mi dopłacili to bym nie skorzystała. Patrząc na to, jak obsługa wrzuca na ledwo trzymające się krzesełka turystów, wszystko wygląda dość przerażająco. Nie ma szans, żeby się tam zmieścić z dwoma psami i plecakiem. Niedaleko budują wyciąg z gondolami. Może kiedyś go skończą i będzie można skorzystać.

Na obiadokolację totalna rozpusta, bo zamówiłam sobie pizzę z lokalnej pizzerii. Miłe klimatyczne miejsce, za ladą stoi kobieta, która niestety mnie nie rozumie, bo chciałam wziąć na wynos. Zaraz zjawia się młody, może 13 letni chłopaczek. Z nim się dogaduje, czego potrzebuję, jakie było moje zdziwienie, kiedy założył fartuch i poszedł robić mi pizze. Mogę śmiało polecić, bo była bardzo dobra.

Samochód zaparkowałam tuż przy drewnianym kościółku z piękną rzeźbioną bramą z 1998 roku.

Noc spędziłam w samochodzie. Niestety pogoda tak bardzo się popsuła, że nie było mowy, żeby wyruszyć w góry następnego dnia. Ulewa, która nawiedziła to miejsce sprawiała, że na drodze tworzyły się istne potoki. O 5 rano, niewyspana, szukałam na Bookingu jakiegoś miejsca gdzie mogłabym się zatrzymać i przeczekać te najgorsze dni. Znalazłam urocze i dość oddalone miejsce, gdzie mogłam spokojnie zostać z psami.

Hotel Paltinis położony przy lesie i górskim potoku. Pomimo hałasu, który powodował, budynek był na tyle wygłuszony, że w pokoju nic nie było słychać. Nie było problemu z psami, tylko trzeba było za nie extra zapłacić.

Pensjonat miał nawet własną hodowlę pstrągów.

Zupa gulaszowa.

Zauważyłam, że oni pokoje wykładają wykładziną.

Pensjonat i obsługa bardzo przyjemne, ale jedzenie… no cóż. Nie potrafią oni tam gotować.

Tak sobie czekałam na poprawę pogody. Jak przestawało padać, starałam się wychodzić z psami i pozwiedzać trochę okolicę, ale niestety nasze spacery zazwyczaj trwały po 15 minut, bo zaraz zaczynało padać. Dwa kolejne dni spędzone na oglądaniu rumuńskiej telewizji 😛

 

One response to “Pomiędzy górami Marmaroskimi, a Rodniańskimi.”

  1. Dżołana napisał(a):

    Ciesze się, że się podoba 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.