Wyprawa do małej turystycznej chatki pośrodku gór Rodniańskich.

Wyprawa do małej turystycznej chatki pośrodku gór Rodniańskich.

Poranek nad jeziorkiem powitał nas pięknym słoneczkiem. Jednak zanim zjadłam śniadanie i się spakowałam wszystko zasnuły gęste chmury.

Na śniadanie bomba energetyczna. Płatki owsiane z rodzynkami, daktylami, żurawiną i różnego rodzaju orzechami. W takich warunkach z wielką przyjemnością jadło się śniadanie. Niestety mimo wczesnej pory trzeba było się zbierać, ponieważ czekała nas długa droga.

Swoje kroki kierujemy do przełęczy Saua Gargalau. Szlak prowadzi delikatnie w górę, czasami uda mi się coś zobaczyć. Niestety w większości idziemy z widocznością do 20 metrów, ponieważ chmury nieproszone wdzierają się w góry i wszystko zasłaniają. Przez co jest to strasznie dezorientujące, bo człowiek nie wie gdzie dokładnie zmierza.

Tuż przed samą przełęczą w gęstej chmurze majaczą mi jakieś kształty. Prawie dostałam zawału, bo wszędzie są krzaki borówek, a z oddali dość niewyraźnie te kształty się poruszały. Ze strachem podchodziłam bliżej, psy nie alarmowały, że jest jakieś zagrożenie, ale w pogotowiu w ręku trzymałam gaz na niedźwiedzie, bo nigdy nic nie wiadomo. Okazało się, że to byli miejscowi, którzy wyobraźcie sobie wygrabiali stare uschnięte liście z borowiny. Na wysokości prawie 2000 metrów spotkać człowieka z grabkami – widok przedziwny, a moja twarz to w tym momencie typowy facepalm 😉

Docieram do zrujnowanego znaku, który informuje mnie, że jestem na przełęczy. Niestety wiele mi on nie mówi, a ścieżka się rozwidla. Powinnam iść dalej czerwonym szlakiem, ale w dół prowadzi niebieski, a czerwonego jakoś brak. W dół to tak jakoś głupio, a dalej prowadzi ścieżka- ponieważ widoczność taka jak na zdjęciu powyżej nie mam punktu orientacyjnego. Decyduje się zobaczyć tą ścieżkę w lewo. Po jakiś 2 minutach jest czerwony szlak, no więc śmiało idę.

 


Po jakiś 15 minutach szybkiego marszu chmury odpuściły, a ja po lewo w dolinie zobaczyłam jezioro. Tyle niecenzuralnych słów mi się na usta cisnęło, których przytaczać tu nie będę. Jak tylko zobaczyłam to nieszczęsne jezioro wiedziałam, że jestem w złym miejscu, bo jego tu nie powinno być. Zrezygnowana zawróciłam, a Shadow się na mnie popatrzyła wzrokiem mówiącym- No co ty Aśka znowu pomyliłaś szlak?! Wracam do tego nieszczęsnego rozwalonego znaku. Tam spotkałam parę starszych Niemców, którzy mi powiedzieli, że muszę zejść kawałek tym niebieskim szlakiem i tam będzie znak z czerwonym. No i jest 🙂

Pogoda zaczęła patrzeć na nas trochę łaskawszym wzrokiem. Chmury się rozstąpiły i mogliśmy zobaczyć całą dolinę. Niedaleko nas pasły się także owce, niestety akurat stały na samym środku naszej trasy. Jak wiadomo, jak są owce to muszą być także i psy, które je pilnują. Jak tylko nas zobaczyły to ustawiły się w pozycji bojowej i szczekaniem oznajmiały swoje niezadowolenie. Szybko jednak zauważył nas młody pasterz, który z wielkim powodzeniem je odganiał.

 

Chciałam na chwilę się zatrzymać i odpocząć, bo trafiliśmy na malutką sadzawkę, ale dalej byliśmy w zasięgu wzroku psów, z czego jeden cały czas szczekaniem nas odprowadzał i wolałam nie ryzykować.

Znowu trafiamy na gęstą, ale dość niską kosodrzewinę, początkowo ścieżka jest w miarę szeroka, później się bardzo zwęża i ledwo się idzie, a ja zaliczam tak zwaną przysłowiową glebę na twarz zahaczając o wystający korzeń.

Idziemy mocno w górę prąc do przodu. Docieramy na wysokość 2000m kierując się wprost na liczący 2048m Vf. Galatului. Spokojnie i niespiesznie idziemy granią, a tu w oddali słyszę ryczące silniki. Po chwili zza pagórka wyłaniają się potwory na czterech kółkach. Parę terenówek i jeszcze więcej quadów. Szkoda, że tu wjeżdżają i rozjeżdżają roślinność. Miałam nadzieję, że dalej nie wjadą, no bo i jak, jak Ja ledwo idę tą wąską ścieżyną. Silniki umilkły i już myślałam, że sobie odpuścili. Jednak jakieś pół godziny później znowu ich zobaczyłam, tym razem wysoko na grani, a moje pytanie było jedno – jak im się tam udało wjechać?!

Pogoda mocno się zmieniała, raz wychodziło mocno prażące słońce, by po chwili zajść za gęstymi chmurami. Jedno było jednak niezmienne, mocno wiejący wiatr, co chwila bezlitośnie chłostał mnie po twarzy. Psy za to były zachwycone dzisiejszą wycieczką. Atrey zwiedzał z ochotą okolicę i często mi znikał za wystającymi głazami, Shadow za to uskuteczniała doprowadzenie mnie do zawału poprzez zbieganie zboczem w dół. 

Szczyt Vf. Laptelui 2167m mijamy prawą stroną. Ścieżka jest bardzo wąska, miejscami dość niebezpieczna. Niby idzie się zboczem, które w miarę przyjaźnie wygląda, ale łatwo jest się poślizgnąć, bądź potknąć na kamieniu, w takim wypadku nawet nie ma szans się zatrzymać, chyba, że dopiero daleko w dolinie.

Wielka pustka otoczona z każdej strony górskimi szczytami. Mówiąc szczerze idąc tamtędy sama mocno mnie to przytłaczało. To takie dziwne złowrogie uczucie.

Tuż przed Saua Puzdrele 2035m trafiłam na miejsce gdzie było bardzo dużo odcisków niedźwiedzich łap i kup. Dookoła wszędzie krzaki jagód. Uciekałam stamtąd tak szybko, że się za mną kurzyło. Dodatkową motywacją był usłyszany niedźwiedzi ryk z oddali. W panice rozglądałam się, ale na szczęście nigdzie nie dostrzegłam. To było najbardziej stresujące 15 minut jakie przeżyłam. Zostanie Big Maciem dla niedźwiedzia, nie było na mojej liście rzeczy do zrobienia.

Po szaleńczej ucieczce, musiałam chwilę odpocząć i uzupełnić kalorie. Ponieważ przez stres chyba spadł mi cukier i słabo się poczułam.

Zaczynam powoli odczuwać zrobione kilometry, ale szlak prowadzi tym razem zboczami gór, dzięki czemu pozostajemy praktycznie na jednej wysokości, rzadko robiąc przewyższenia sięgające kilkudziesięciu metrów. Trafiamy też na miejsce z bardzo, bardzo gęstą kosodrzewiną. Ledwo udaje mi się tamtędy przejść, co i rusz dostając w twarz gałęzią. Trwało to może z 30 minut, a oczami wyobraźni dzierżyłam wielką maczetę, która tnie wszystko na mojej drodze.

Kawałek za Tarnita Barsanului 1932 m szlak odbija na prawo, a w dolinie widać pasące się stada owiec. Jest to również odcinek gdzie wszędzie są na ścieżce kamienie, mniejsze większe, czasami widać też olbrzymie głazy.

Zachęcająco wygląda ta rzeczka w dole, a plecak od tego momentu już mocno daje o sobie znać. Niestety według mapy do mojego miejsca docelowego jeszcze jest spory kawałek.

Zamiast iść w dół, podążam szlakiem w prawo i w górę. Tu mam lekką konsternację, ponieważ według znaku pozostawionego na głazie czerwony biegnie w trzech kierunkach. Sprawdziłam każdy i wybrałam ten wyglądający najbardziej przyjaźnie. Po przebrnięciu przez kolejne połacie kosodrzewiny wyszłam na malutkie jeziorko z pięknym widokiem na góry. Żałuje, że nie mam zdjęcia. Miejsce idealne na nocleg, ale mapa mówi, że już niedługo jest miejsce gdzie miałam się zatrzymać. Jeziorko jest zaraz jak kończymy omijać szczyt Vf. Negoiasa Mare. Dobre 10 minut spędziłam nad dywagowaniem czy się rozbijać tu, czy iść dalej. Mimo pięknego miejsca i zmęczenia stwierdziłam, że idę dalej. Moja decyzja to był strzał w przysłowiową dziesiątkę.

Docierając do Saua Intre Izoare nie spodziewałam się trafić na chatkę. Nie była zaznaczona na mapie. Z oddali myślałam, że to chatka pasterska, ale tablica przy znaku informowała, że to Refugiu. Z Marmaroszy pamiętałam, że to takie puste schronienie dla turystów. Żeby się tam dostać było trzeba przejść przez parów i płynącą w nim rzeczkę.

Okazała się pusta, bez żadnego turysty. Bardzo przyjemna i czysta.

Chatkę zaanektowałam jako moje Polskie obozowisko 🙂

 

W chatce można było znaleźć zmyślnie zrobione miejsca noclegowe, a także rzeczy, które pozostawili turyści. Szybko się rozłożyłam, psy nakarmiłam Fitminową karmą, umyłam się w pobliskim strumieniu i zaczęłam przygotowywać sobie kolacje. Mój wybór padł na pozostawioną przez kogoś puszkę fasolki po bretońsku. Była pyszna serio. Ja w zamian zostawiłam jeden z moich liofizjolowanych posiłków.

Psy wcinają karmę z firmy Fitmin – jednego z naszych sponsorów

Po ogarnięciu wszystkiego wybrałam się z aparatem na małe polowanie. Trochę widoków i roślinności.

 

Koło godziny 20 w oddali zobaczyłam parę ludzi. Okazało się to małżeństwo z Belgii. Marc i Fabienne. Postanowili również zostać tu na noc. Miło nam się rozmawiało przy mojej herbacie i ich czekoladzie. Okazało się, że mieli kiedyś psy border collie, posiadają ekologiczne gospodarstwo. Lubią podróżować i chodzić po górach. Siedzieliśmy jeszcze chwilę po zachodzie słońca, żeby w końcu udać się na spoczynek. 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.