Wyspy Kanaryjskie – Teneryfa – Wulkan Teide 3718 m n.p.m.

Wyspy Kanaryjskie – Teneryfa – Wulkan Teide 3718 m n.p.m.

Tego dnia zmieniamy trochę krajobraz i wysokość. Tym razem uderzamy na Wulkan Teide najwyższy szczyt na Teneryfie. Droga, którą jedziemy wiedzie praktycznie przez środek wyspy. Najpierw jedziemy krętymi i wąskimi drogami przez małe miejscowości, potem wyjeżdżamy już dużo wyżej, gdzie droga prowadzi nas przez zadrzewione tereny. Co ciekawe w większości są to wielkie sosny kanaryjskie. Przecudne, zielone drzewa iglaste. Spokojnie jedziemy i podziwiamy widoki, często jesteśmy mijani przez szalonych fanów dwóch kółek. Dla nich ta droga to jak motocyklowe marzenie. My za to, często mijamy rowerzystów. Wielki szacun dla każdego, kto zdecyduje się jechać tą drogą na rowerze. Ja bym wymiękła przy pierwszych kilometrach. Droga pnie się cały czas w górę i potrzeba nieziemskiego wysiłku, żeby ją pokonać.

Ja oczywiście jadę przez większość drogi wytrzeszczając oczy na widoki, ale w pewnym momencie po kolejnym zakręcie szczena dosłownie opada mi do samej samochodowej podłogi, tam odbija się parę razy i dopiero po pewnym czasie powraca na miejsce. To za sprawą widoku rodem z Mad Maxa.

Wjeżdżamy na teren Parku Narodowego Teide. Co ciekawe, park ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wreszcie udaje nam się dojechać pod stację kolejki linowej, jak to w życiu i w takich miejscach bywa jest problem z zaparkowaniem samochodu, na szczęście kierowca jest sprytny i parkuje trochę dalej od głównego parkingu i mamy tylko mały kawałek do przejścia. Nasze autko to ta biała plamka na dole 🙂

Przy zakupie biletów okazuje się, że na kolejkę musimy poczekać koło 2 h. Ponieważ mamy trochę czasu decydujemy się zejść i przejść się na pobliskie wzgórze.

Górka niby mała, ale piasek i ruszające się pod stopami kamienie sprawiły, że dla mnie było to dwa razy trudniejsze podejście. Chowamy się za krzakiem gdzie rozkładamy kocyk, wcinamy chipsy i napawamy się widokami. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale podobno w tych okolicach kręcili jedną z części Gwiezdnych Wojen. Ja tam przed oczami mam raczej krajobraz z Mad Maxa, czy z Marsjanina.

Gdyby było więcej czasu, to chętnie przeszłabym się tą ścieżką między skałami.

 

Zbliża się godzina 15 i czas ruszać do kolejki. Stacja dolna znajduje się na wysokości 2536 m n.p.m. Są dwa wagoniki, jeden wjeżdża, drugi zjeżdża. Droga na górę trwa kilka minut, ale przez te kilka minut możemy podziwiać cudne widoki (tylko musicie być cwaniakiem i znaleźć sobie dobre miejsce przy oknie).  

Górna stacja znajduje się na  3550 m n.p.m. Czyli w ciągu kilku minut pokonujemy prawie 1000 m przewyższenia.  

Na górze słońce ostro świeci, ale też całkiem mocno wieje. Tym razem Ja się przygotowałam i głowę owinęłam arafatką, założyłam długie spodnie i polar. Znana jestem z tego, że wiecznie mi zimno, więc starałam się tego tym razem uniknąć. I tak byłam cieniasem, bo widziałam osoby w kurtkach puchowych.

Z kolejki wyszliśmy bardzo szybko i prawie ekspresowym tempem znaleźliśmy się na szlaku. W pewnym momencie doszliśmy do punktu gdzie był mocno wyczuwalny zapach siarki. Mi się od razu skojarzyło z moimi laborkami na studiach, gdzie wiecznie śmierdziało kwasem siarkowym. Nie wiem czy na zdjęciu to widać, ale w niektórych miejscach są takie właśnie plamy siarkowe.

Piękne piaskowe formacje skalne.

Jak tylko to zobaczyłam to mi się to skojarzyło z łazikiem na Marsie.

Oczywiście w tym miejscu stwierdziłam, że chyba źle idziemy. No i się nie pomyliłam. Po wyjściu z kolejki powinniśmy skręcić w lewo, a nie w prawo. No to zawrotka i idziemy, a raczej bym powiedziała, że prawie biegniemy, takie tempo zostało narzucone. Ja tylko się modliłam, żebym nie trafiła na jakiś ruszający się kamień i nie poleciała na te kamienie na twarz. Jeszcze gdyby to był zwykły kamień to może bym przeżyła, ale te wulkaniczne skałki są bardzo lekkie i porowate, a w dotyku są jak pumeks. Nic przyjemnego przy spotkaniu ze skórą. Okulary przeciwsłoneczne w tym momencie wcale nie pomagały, a czasami wręcz przeszkadzały, bo nic nie widziałam.

 


No i znowu pomyliliśmy drogę, ale już stwierdziliśmy, że idziemy do końca tej ścieżki. Gdzie spotkaliśmy strażnika, który chyba miał za zadanie pilnować, żeby nikt nie przechodził za łańcuchy i nie schodził ze ścieżki.

 

Niestety okazało się, że nam nie będzie dane wejść na sam wierzchołek wulkanu i zajrzeć do krateru. Ponieważ nasz wyjazd był dość spontaniczny, nie mieliśmy czasu, żeby wyrobić potrzebne pozwolenie na wejście na Teide. Pozwolenie takie możecie uzyskać na stronie parku. Jest całkowicie bezpłatne, ale trzeba je wyrobić z dużym wyprzedzeniem, bo nie ma po prostu miejsc. Ja patrzyłam na tydzień przed wyjazdem i niestety nie udało się. Najwyżej jak udało nam się wejść to było 3605 m n.p.m. Jest to najwyższy punkt na jakim kiedykolwiek byłam. Gdyby było dużo więcej czasu to chętnie bym zamiast tam wjechać to weszła szlakiem. Ale i tak z poziomu morza znaleźć się na takiej wysokości to nie lada wyzwanie. Będąc na takiej wysokości, choć krótko to jednak można odczuć mniejszą ilość tlenu w powietrzu, bo człowiek dużo szybciej się męczy. Przynajmniej ja tak miałam, po jakimś czasie. Tak się stało, że zostaliśmy cofnięci z furtki prowadzącej na szczyt i nawet czarujący uśmiech mojego towarzysza nie przekonał strażniczki żeby nas wpuściła, zdecydowaliśmy się wrócić na pierwszą ścieżkę. Tym razem już dużo spokojniejszym tempem.

Na biletach z kolejki było napisane, że na górze możemy być do godziny czasu. Trochę nam jeszcze zostało, więc co i rusz zatrzymywaliśmy się na foty. Ja nawet wypatrzyłam śnieg pomiędzy skałami.


Kiedy dotarliśmy do wyznaczonego punktu widokowego trzeba było uczcić wejście na Teidę. Jak można to zrobić? No po polsku – piwerkiem 😛

Jeszcze trochę pomęczę was widokami. Poniżej genialnie widać Gran Canarie.

Jest coraz późniejsza pora,  niby słońce świeci, ale wiatr się wzmaga i robi się dużo zimniej. Wracamy. Trochę zmęczeni i mega głodni. Wybieramy restaurację w której odpoczywaliśmy poprzedniego dnia. Najpierw jednak musimy tam dotrzeć. A droga, która tam wiedzie, w promieniach zachodzącego słońca… powiem tak, ge-nial-na!!!

Przed samym zachodem słońca udało nam się siąść na tarasie w cudownej restauracji Restaurante Aires del Sur. Ja byłam tak głodna, że zjadła bym konia z kopytami. Na główne danie jednak wybrałam wieprzowy stek z frytami i cukinią, podane na gorącym półmisku. Pyszka. Zanim jednak to dostałam, zostałam prawie, że podstępem zmuszona do zjedzenia owoców morza. Ja nie tykam rzeczy, które pływały w wodzie. No po prostu nie. Nie lubię, śmierdzą mi błotem i mułem, wodą morską. Z wielkim sceptycyzmem, widelcem w jednym ręku i piwem do zapojki w drugim wkładam do buzi tą małą nieszczęsną bejbi kalmarkę, smażoną w jakimś cieście na głębokim oleju. Żuję, przełykam i muszę się zgodzić, że było to całkiem dobre. Co później jest mi to wypominane – a mogłam się nie przyznawać, że mi posmakowało 😛  Restauracja mimo, że niepozorna z zewnątrz, jedzenie ma bardzo dobre, a do tego z cudownym widokiem. Jak będziecie w tamtej okolicy, to jest taki punkt must have do odwiedzenia.

Dwie fajne obserwacje na wyspie, znaki drogowe, ograniczające prędkość. U nas na ostrych zakrętach zazwyczaj są ograniczenia do 30 lub 40 km/h. Tu jak jest 70 to jest już mało. Drugi znak śnieżynki. Tak, tu też podobno pada śnieg 😛

Dwa bardzo intensywne dni na Teneryfie, gdzie objechałam całą wyspę. Niestety wszystkiego przez te dni nie udało się zobaczyć, byłoby to niemożliwe. Jednak to co zobaczyłam w zupełności mi wystarczyło, żeby się w Teneryfie zakochać. Trzeci dzień, to był dzień mojego totalnego lenistwa i tak zwanego smażingu plażingu. Ponieważ następnego dnia czekał mnie lot, a w zasadzie dwa na Fuerteventurę.

 

 

 

Jeszcze takie krótkie podsumowanie. Teneryfa ma bardzo urozmaicony krajobraz, piękne piaszczyste plaże, suche, ale górzyste tereny i wreszcie wilgotne i pięknie zielone tereny północy. Czyli dla każdego coś dobrego. Można się wybrać na trekking, pomęczyć się jeżdżąc na rowerze, czy przejechać się samochodem przez przyprawiające o palpitacje serca górskie serpentyny. Dla leniwych wygrzać stare kości na plaży, lub dla tych co lubią trochę rozrywki pobawić się w przy plażowych barach.

Jadąc przez wyspę możemy zaobserwować dużą ilość plantacji bananów lub winnic. Są to wielkie farmy, gdzie pola często są przykryte wypłowiałymi płachtami, żeby słońce nie paliło zbiorów. Nam najbardziej jednak spodobały się wystające, wręcz wyrastające ze wzgórz wspaniałe klimatyczne hacjendy. Kolorowe, często usytuowane na zboczach gór, prawie, że z nimi zrośnięte. Tak, w takim miejscu człowiek mógłby mieszkać. Więc jeżeli się wahacie czy wybrać Teneryfę jako miejsce na wakacje, szczerze mówię, rezerwujcie już bilety i lećcie. Naprawdę warto.

 

2 responses to “Wyspy Kanaryjskie – Teneryfa – Wulkan Teide 3718 m n.p.m.”

  1. Anonim pisze:

    Wspaniałe przygody i równie piękne widoki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.