Wyspy Kanaryjskie – Teneryfa- Los Gigantes

Wyspy Kanaryjskie – Teneryfa- Los Gigantes

Przychodzi w życiu każdego z psiarzy taki moment, kiedy na wakacje jedzie bez psów. Z jednej strony człowiek się cieszy, bo nie trzeba rano wstawać i gonić na spacer, z drugiej jednak czegoś na tych wakacjach brakuje. Tym razem Atrey i Shadow zostali w domu, pod czujnym okiem moich rodziców, a Ja udałam się na piękne Wyspy Kanaryjskie.

Pierwotny plan zakładał, że ten czas spędzimy tylko na Fureteventurze, los jednak bywa trochę przewrotny i potrafi sprawić psikusa i tak wylądowałam na Teneryfie.

W czwartek wczesnym rankiem melduje się na Lotnisku Chopina w Warszawie, skąd mam samolot na Fuertę. Po ponad 5 godzinach lotu, melduje się na małym i dość pustym lotnisku, ale niestety to jeszcze nie koniec podróży. Z Fuerty muszę dostać się na Teneryfę. Więc zaliczam kolejne dwa loty Kanaryjskimi liniami lotniczymi z przesiadką na Gran Canarii. Jest to dość ciekawe doświadczenie, gdzie jednego dnia, aż 3 razy człowiek leci samolotem. Trzy razy żmudnego przechodzenia przez bramki i czekania na samoloty. Muszę przyznać, że w pewnym momencie takiej lotniskowej tułaczki człowiekowi się już po prostu nie chce.

Wreszcie wieczorem docieramy do hotelu, człowiek zmęczony, ale plaża musi być grana. Nie za długo, bo następnego dnia mamy dość intensywny plan zwiedzania.

Swoją wycieczkę zaczynamy z hotelu Troya, przy pięknej plaży Playa de Troya. Po wypożyczeniu samochodu, szybki rzut na mapę i jedziemy. Pierwsze kroki kierujemy dość spontanicznie na plaże Playa de La Arena, podobno bardzo popularna wśród turystów. Szczerze przyznam, że nic ciekawego. Dość mała i już od rana zatłoczona. Plaża jest z czarnego, wulkanicznego piasku, którą okalają strzeliste skały, co nadaje jej mrocznego, ale fajnego uroku.

 

 

Jednak duży plusem są widoczne w oddali niesamowite klify. To one swoim majestatem nas zachwyciły. Acantilados de los Gigantes, bo to o nich mowa, to olbrzymie klify wynurzające się z Oceantu Atlantyckiego, które osiągają nawet do 600 m wysokości. Leżą po zachodniej stronie wyspy.

Nie byłabym sobą, gdyby do głowy mi nie przyszło, że na pewno da się tam wejść i zobaczyć wszystko z góry. Decyzja jednoznaczna, jedziemy dalej i próbujemy dostać się na górę. Jedziemy do małej, ale bardzo urokliwej miejscowości Tamaimo. Zostawiamy samochód i ruszamy na szlak. Aby się na niego dostać trzeba zejść na zakręcie z głównej drogi w dół i przejść obok sklepu z serami.

Jest to dość nietypowy sklep, ponieważ, ktoś po prostu ma dom na środku drogi z dużą ilością pałętających się wszędzie kóz. Kozy jak wiemy są bardzo groźnymi stworzeniami i atakują  znienacka, dlatego przodem puszcza się kobiety 😛

 

Kozy minięte, idziemy dalej. Jesteśmy przekonani, że szlak prowadzi w prawo, do opuszczonych budynków. W sumie, tak prowadzi nas mapa. Mapa postanowiła nam zrobić psikusa i poprowadzić nas przez tunel. Tunel jest iście „creepy”. Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że nagle znajdujecie się w słoneczny dzień między rozwalającymi się budynkami, a na samym środku jest wejście gdzieś. Wejście, które ma na wrotach spleciony z dwóch patyków krzyżyk. Kto ogląda horrory, ten wie jak się takie zabawy i ciekawość kończą. Zazwyczaj wchodzi się do środka i znajduje trupa, albo klauna z piłą 😛

Ale znowu ciekawość zwyciężyła i postanowiliśmy wejść do środka. Początkowo weszliśmy tylko trochę, żeby obejrzeć co to jest i strzelić focisza. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy z tego, że tędy wiedzie nas mapa. Dopiero po wyjściu i sprawdzeniu gdzie mamy iść, okazuje się, że ten tunel, to nasza droga. Nie powiem, lekki dreszczyk emocji, ale wchodzimy z powrotem. No i tak sobie idziemy, do momentu kiedy nie zniknęło nam światło i nie zaczęły się tory od zapewne jakiś wagoników. Decyzja zapada, że zawracamy. Raz, że nie jesteśmy przygotowani sprzętowo na taki wypad, brak czołówek w takim wypadku to bardzo duży problem, dwa, nie wiemy do końca jak długi jest ten tunel i czy z drugiej strony na pewno jest otwarte wyjście. Trzy, wraz z końcem światła, skończyły się też odciski ludzkich stóp- jak widać, mało kto się zapuszcza w tamte rejony. Na prawdę nie mogę zrozumieć dlaczego! Ten krzyżyk na wejściu jest trochę niepokojący, ale no wiecie. Żyłka przygody i te sprawy… Podobno wyjście jest, przynajmniej tak nam powiedział Anglik, którego później spotkaliśmy.

 

Szybki reaserch i idziemy dalej. Musimy się trochę się cofnąć, więc opuszczamy ruiny. Wychodzimy na drogę, gdzie już bez problemu znajdujemy wejście na szlak. Skręcamy w prawo, gdzie kamienista droga pnie się mocno w górę.

 

Widok jest niesamowity, a droga nie jest jakaś bardzo trudna, chociaż prażące słonko daje się trochę we znaki. Wychodzimy na wzniesienie i naszym oczom okazuje się wręcz bajeczny widok.

Fantastyczny widok na ocean, wszędzie skały i zieleń, gdzieniegdzie kaktusy. Tu robimy krótką przerwę na kanapkę i wodę, trochę odpoczynku i idziemy dalej. Tu również spotykamy sympatycznego Anglika z którym ucinamy sobie krótką pogawędkę o naszej trasie. Okazuje się, że można dojść do miejsca, które wyparzyliśmy będąc już na plaży. Mianowicie piękne okno w środku skały. Jak widać ludzie tam wchodzą. Nie ma tam oficjalnej ścieżki, dlatego trzeba się przedzierać przez krzaczory.  Ja po Rumunii jestem mistrzem wyszukiwania ścieżki i przedzierania się, ale krótkie spodenki i suche badyle to zabójstwo dla moich pięknych nóg. Po tej wycieczce wyglądały, jakbym w klatce walczyła z kotem 😛

Po tej jakże nierównej walce z okoliczną roślinnością, wreszcie wchodzimy na górę. Jeżeli wcześniej pisałam, że widok był fantastyczny, to ten który zastaliśmy tam, był wręcz rajsko bajeczny. Jednak na przeszkodzie do osiągnięcia celu stoją nie tylko krzaki, ale również wielkie głazy, którymi trzeba się przejść.

Docieramy na miejsce. Człowiek stoi na wysokości 765 m, bo taka była największa wysokość na jaką udało nam się tam wejść i przed sobą ma widok na ocean i piękne, olbrzymie klify. W dole widać odbijającą się od skał, krystalicznie czystą wodę. Niektóre zbocza są pokryte soczystą zielenią. Gdzieniegdzie z ziemi wystają kaktusy, kwiaty, czy inna, równie niesamowita roślinność. Mamy duże szczęście, bo w tym małym, ale rozległym raju jesteśmy sami.

W dole widać prujące wodę stateczki, w oddali słychać czasami szczekanie psa. Jednak w większości nie słychać nic, oprócz szumu wiejącego wiatru. Można siedzieć i napawać się widokami. A te naprawdę są przepiękne.

Guanchowie klify Los Gigantes nazywali bramami piekieł. W sumie, jakby tak spojrzeć na te majestatyczne skały, ich ceglany kolor, a jeszcze dodatkowo w momencie zachodzącego słońca, faktycznie ma się wrażenie, że jest to miejsce gdzie można wejść do piekła. Dodatkowo ostrzegam tych co mają lęk wysokości. Rozległa ekspozycja i ściany pionowo w dół, to nie miejsce dla osób, które mają problemy z wysokością, albo otwartą przestrzenią. Kruszące się skały też na pewno nie pomagają, żeby poczuć się tam pewnie, nawet stojąc daleko od krawędzi. Nawet Ja, która z wysokością i takimi przepaściami jestem zaznajomiona, miałam swoją chwilę strachu, jak się za mocno wychyliłam.

Podobno w okolicy można dojrzeć pływające delfiny i wieloryby. Nam nie było dane tego zobaczyć, ale osoby, które chciałyby mogą wybrać się na rejs katamaranem i z drugiej strony podziwiać te skalne giganty.

Jak to zawsze bywa przy ciężkim wysiłku fizycznym, człowiek głodnieje. Na górze prawdziwa uczta z tortillami i hummusem. Mniam. Nie dość, ze smaczne, to jeszcze człowiek dostaje energetycznego kopa.

Towarzyszem naszego posiłku była jaszczurka, która wystraszyła mnie na śmierć. Łajza mała, wybiegła zza kamienia i przebiegła nam dosłownie koło nóg. Skutkiem tego wrednego czynu i zamachu na moje życie, był starty łokieć. No bo jak widać na zdjęciu powyżej, za mną były skały o które się opierałam. Jak zaczęłam uciekać, to łokciami oparłam się o nie, a jeden z nich był odsłonięty. Na tej skale zostawiłam cząstkę siebie XD Musicie wiedzieć, że panicznie boje się węży, jaszczurek i wszystkiego co pełza. Każdy szum i poruszenie w krzakach, a ja mam wrażenie, że zaraz z nich jakiś potwór wylezie. Ku uciesze mojego towarzysza, który na każde moje wzdrygnięcie się ze mnie śmieje.

Sprawczyni całego zamieszania, podstępna jaszczurka. Ja wam mówię, że ona coś planowała!

Śmiechy, chichy, ale czas wracać. Chociaż człowiekowi się nie chce, bo pięknie, ciepło, ale po nocy wracać nie będziemy, szczególnie w takim terenie.

Widok na wulkan Teide.

Nawet strusie się znalazły.

Gdy udało już się nam wrócić na asfaltową drogę, zatrzymaliśmy się na chwilę w restauracji z cudownym widokiem, niestety nie mam stamtąd żadnych zdjęć. Restaurante Aires del Sur, miejsce nas zachwyciło i następnego dnia tam wróciliśmy, o czym w innej historii.

Godzina jeszcze w miarę wczesna, więc jedziemy na tą bardzo zieloną część wyspy. Trochę sceptycznie byłam nastawiona, bo jak to? Wyspy wulkaniczne i zieleń? No nie, przecież pamiętam jak wygląda Fuerta. Nie mogłam się bardziej pomylić niż właśnie w tym momencie. Teneryfa, tak bardzo się różni swoim krajobrazem i ilością zieleni. Piękne soczyste krzewy, drzewa iglaste czy bujne, kolorowe kwiaty. Jadąc samochodem zachwycałam się jak małe dziecko na widok cukierka.

Zdecydowanie mogę powiedzieć, że ten dzień obfitował w wiele wspaniałych krajobrazów. Niestety skończył się za szybko. Następny wcale nie był gorszy, o nie… Następnego dnia odwiedziliśmy chlubę tej wyspy – wulkan Teide.

2 responses to “Wyspy Kanaryjskie – Teneryfa- Los Gigantes”

  1. Anonim pisze:

    Przecudne zdjęcia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.