Źródła termalne Bënjë i Kanion Lengarica.

Źródła termalne Bënjë i Kanion Lengarica.

Wyjeżdżamy z Qarrishte i kierujemy się bardziej na południe. W jednym z przewodników znalazłam wzmiankę o naturalnych źródłach termalnych. Tak się złożyło, że i tak kierowaliśmy się w tamtą stronę, a źródła brzmiały zachęcająco, więc decyzja była jednogłośna. Jedziemy!

Po całej tej błotnistej i krętej drodze trochę zgłodnieliśmy. Dlatego zatrzymaliśmy się w małej miejscowości Librazhd. Szukaliśmy miejsca gdzie jedzą lokalsi. Jeżeli jest tam dużo ludzi, a szczególnie miejscowych to znaczy, że jedzenie będzie dobre. Z ulicy wypatrzyliśmy wielgaśny napis Fast Food, no nie dało się obojętnie obok niego przejść, a ilość ludzi jaka się tam kręciła, powiedziała nam, że to jest właśnie to miejsce. Staliśmy tam chyba z 20 minut zanim udało nam się dojść do porozumienia i wreszcie cokolwiek zamówić. Jedzenie było przepyszne, mięso dobrze doprawione. Serdecznie polecam, jeżeli będziecie w tamtej okolicy.

Do przejechania dzisiejszego dnia mieliśmy około 260 km. Jak myślicie ile czasu można jechać taki kawałek? My jechaliśmy prawie cały dzień! Wiadomo, że po drodze trzeba się zatrzymać, rozprostować kości. Ale żeby 260 km robić kilka dobrych godzin? Do Korczy droga był całkiem dobra i jechało się nawet przyjemnie, a jakiekolwiek niedogodności związane ze stanem dróg rekompensował widok na towarzyszące nam cały czas ośnieżone górskie szczyty.

Od Korce droga powoli stawała się męcząca, a od Barmash już nieznośna. Kręta i dziurawa droga, dodatkowo przez dość spory kawałek jechaliśmy lasem i jedyne co widzieliśmy to drzewa. Szybko zrozumieliśmy dlaczego na tej trasie nie mijaliśmy w ogóle samochodów. Chyba miejscowi wolą jeździć dłuższą, ale lepszą drogą.

Bardzo żałuje, że pogoda była pochmurna i nie mam fajnych zdjęć z tamtego odcinka. Niestety mój sprzęt nie podołał i zdjęcia powychodziły tragicznie rozmazane, więc nawet nie będę ich tu zamieszczała.

Do Petran jechaliśmy piękną doliną. W dole płynie rzeka Wjosa, na mapach zaznaczona jest z greckiego jako Aṓos. 

Zanim dotarliśmy do miejsca przeznaczenia mijaliśmy stację benzynową na której nie dało się nie zatrzymać. No epicka była. Rodem z MadMaxa.

Zaraz za Petran skręcamy asfaltową drogą w prawo i po kilkunastu minutach docieramy do źródeł termalnych Benje.

Powiem szczerze, że byłam pewna, że zastaniemy na miejscu jakieś oznaki turystycznego syfu. Ciesze się, że jednak byłam w błędzie. Na miejscu zastaliśmy parę camperów, parę samochodów i tyle. Fakt, nie jest to może środek turystycznego sezonu, ale i tak, taka mała ilość ludzi była dla mnie zaskoczeniem.

Miejsce nas przywitało pięknymi widokami, ale też i unoszącym się wokół zapachem zgniłego jaja. Zapach ten powoduje duża ilość siarki w wodzie. Ręka do góry, kto w szkole na chemii nie miał styczności z kwasem siarkowodorowym! Zapach był bardzo podobny, tylko mniej żrący 🙂

Most Sędziego przy źródłach Bënjë.

Znaleźliśmy bardzo fajne miejsce na obozowisko, podjechaliśmy najbliżej jak się dało źródeł, ale jednak z dala od innych ludzi. Miałam okazję dowiedzieć się czemu nikt tak blisko nie podjeżdżał. Ja wzięłam się za rozbijanie namiotu, a Piotrek za drewno na ognicho. Zniknął na cholerę wie ile z siekierą, ale drewno mieliśmy jakby się uprzeć na całą noc, wiec można mu wybaczyć. Co do rozbijania namiotu. Boszz, ale ja się namęczyłam. No chyba nigdy tylu brzydkich słów ten namiot nie dostał. W sumie to nawet nie jego wina była, a raczej podłoża. Coś, co na pierwszy rzut oka wydawało się fajną miejscówką, okazało się bowiem biwakowym przekleństwem. Podłoże było na tyle kamieniste, że nie miałam jak wbić szpilek do namiotu. Ze dwie to tak pogięłam, że nawet Hulk by się nie powstydził wygięcia. Wreszcie jako tako udało mi się to zrobić, chociaż naprawdę łatwo nie było. Dobrze, że wiatru to tam nie było, bo z takim mocowaniem, to mogłabym ten namiot z okolicy zbierać.

Gdy zapadł zmrok, a ognisko fajnie trzaskało, siedliśmy do kolacji. Zaserwowane były zarówno produkty regionalne, jak i te przywiezione z Polski. Z regionalnych najbardziej przypadły nam do gustu pomidory. Ja ogólnie pomidory lubię i je od czasu do czasu jem. Te były o niebo lepsze od „naszych”. Słodziutkie i mięsiste. Od razu bierze mnie na wspominki i przypomina się sytuacja z Rumunii, gdzie dostałam pomidory z ogródka. Tego smaku nie da się opisać, serio! No, ale ja tu gadu, gadu, a pisać dalej trzeba. Po kolacji padła decyzja, że może jednak pójdziemy się wykąpać w tym basenie. Wskakujemy w rzeczy do pływania i uzbrojeni w latarki idziemy kamiennym mostkiem, próbując się nie zabić podążamy do zbiornika, zapach siarki jest coraz silniejszy. Przy samym zbiorniku obozuje sobie dwóch panów przy ognisku, ale nam to totalnie nie przeszkadza, a wręcz mamy trochę więcej światła z ogniska. Wreszcie przychodzi upragniony moment i zanurzamy tyłki w cieplutkiej wodzie, a woda naprawdę zasługuje na miano termalnej, bo przyjemnie grzała i równie mocno śmierdziała 😛

Kąpiel przy blasku księżyca i gwiazd… Bajka! Długo tyłeczki moczyliśmy, ale zmęczenie dało o sobie znać. Szybki powrót do ciepłego ogniska i zaraz uderzamy w kimono.

Rano ciepło wygoniło nas z namiotu. Postanowiliśmy się trochę przejść z psami, żeby się wybiegały i zrekompensować im ciągłe siedzenie w samochodzie. Oj radochę miały niesamowitą, woda, skały, górki, tyyyyle terenu do biegania. Postanowiliśmy się zagłębić w kanion Lengarica. Początkowo chcieliśmy przejść górą, żeby ominąć wchodzenie do wody, ale szybko zrezygnowaliśmy, bo zamiast trafić na dół, pieliśmy się coraz wyżej.

Przeprawa przez tą rzeczkę to nie lada wyzwanie, bo trzeba było zdejmować buty, później oczywiście miałam tego ciągłego zdejmowania i zakładania dość, wiec buty pomoczyłam, ale na początku dzielnie z tym pomysłem walczyłam. Musicie wiedzieć, że taka temperatura i ilość minerałów w wodzie jest idealnym warunkiem dla rozwoju wodnej roślinności i ilość glonów porastających kamienie jest porażająca. Ja jestem mega obrzydliwa jeżeli chodzi o śliskie kamienie i nienawidzę po tym chodzić. Fuuujjjj!!!!

Psy miały mega radochę. Atrey miał oczywiście na wszystko wywalone i chodził sobie własnymi drogami, Shadi szalała i szczekała, a Benio dzielnie walczył ze swoimi lękami przed zeskakiwaniem ze skał, za to woda przyciągała go jak magnes i nawet prąd, który czasami go znosił nie robił na nim żadnego wrażenia.

Od czasu do czasu mijaliśmy również mniejsze zbiorniki usypane z kamieni, gdzie można było się zanurzyć i zażyć leczniczych kąpieli.

Coraz bardziej zagłębialiśmy się w kanion i kierując się zapachem trafiliśmy do małego baseniku z niebieską wodą, śmierdziało tam okropnie. Zapach w tym miejscu się chyba z całego kanionu skumulował. Padło jedno hasło – kąpiel! Chcąc nie chcąc wracamy się zostawić psy, przebrać się i wrócić na małe kompanko przed wyjazdem.

Nie wiem czy to chodzi o ten basen, ale jest on najgłębiej położony, no chyba, że jest jeszcze dalej jakiś, ale my tak daleko nie zaszliśmy. Z tym źródłem jest związana legenda o sparaliżowanym księdzu, który po zanurzeniu się w tych wodach zaczął chodzić i od tego nazywa się to miejsce Źródłem Kapłana. Tylko od razu zastrzegam, że nie jestem pewna czy to jest dokładnie to miejsce.


Miejsce robi naprawdę pozytywne wrażenie. Żałuję trochę, że nie przeszliśmy całego kanionu, bo może coś jeszcze ciekawszego byśmy zobaczyli. Ten kanion to byłby raj dla wspinaczy. Wchodzenie na te ściany z rysami i nawisami, no dla wielbicieli takiej aktywności to by był strzał w dziesiątkę.

Tak jak obiecałam daję mapkę z naszą trasą 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.