Góry Przeklęte w Albanii

Góry Przeklęte w Albanii

Jednym z miejsc, które najbardziej chciałam obejrzeć w Albanii to właśnie góry Przeklęte i tajemnicza dolina, gdzie mieści się słynna wioska Teth, która jest kilka miesięcy w roku odcięta od innego świata. Od początku byłam napalona na to, że wreszcie pójdziemy w góry. Niestety jednak pogoda pokrzyżowała nam wszystkie plany z tym związane. Ale może od początku.

Droga z Velipoja do Szkodry mija dość szybko. Mijamy ciekawe widoki, jak np. pasące się owce na środku ronda. Trochę dalej, a tak naprawdę w jakiejś połowie drogi do Teth zgłodnieliśmy i postanowiliśmy się zatrzymać na małe śniadanie. Na stojąco, gdzie błotnik robi za stolik tak sobie jemy i podziwiamy widoki. A psy tylko czekają, aż im coś skapnie (chociaż same też dostały swoje żarełko).

Zjeżdżamy z głównej drogi E762, chwilę jedziemy i zatrzymujemy się w małym przydrożnym sklepiku. Kupujemy jakieś pomidory ichniejszy chlebek. Mija nas również polska ekipa w samochodach terenowych. Szkoda jednak, że nie udało się z nimi spotkać, żeby pogadać.

Droga jest naprawdę dobra, a widoki są wprost bajeczne. A Ja? Ja się czuje genialnie, bo jak tylko widzę góry i dodatkowo wiem, że tam zaraz, już za momencik będę, to moje serducho, aż rozsadza szczęście.

Powoli samochodem wspinamy się pod górę. Robi się coraz zimniej, a naszym oczom zaczyna się ukazywać śnieg. A wręcz całe hałdy śniegu.

Szczerze przyznam, że współczuję i podziwiam ludzi, którzy próbują tamtędy jeździć jak ten śnieg leży. Wreszcie dojeżdżamy do miejsca zwanego Majet e Shales. Jest to miejsce skąd można podziwiać niesamowitą panoramę gór. W tym miejscu zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby nacieszyć się pięknymi widokami, ale również żeby psy mogły pohasać sobie po śniegu. No bo wiadomo u nas śniegu mało, to chociaż tam mogą.

Widoki naprawdę są cudowne, a gdyby nie pora roku, to można by się wybrać w góry.

Dalej jak widać na zdjęciach droga w dół, była niesamowicie ciężka. Nie dość, że wąska, i tu mówię naprawdę wąska, tak że w dół zaraz masz przepaś, a o minięciu się z samochodem z naprzeciwka nie ma mowy, to jeszcze to błoto, które nie jest zbyt stabilne, dla ciężkiego samochodu.

Zjeżdża się w dół dość długo, a droga jest na tyle kiepska, że po jakimś czasie ma się dość. Musicie wiedzieć, że Jeep nie jest najwygodniejszym środkiem transportu, miącha Tobą, jak w jakimś kotle, człowiek tylko się odbija od prawego do lewego. Po takiej drodze człowieka boi wszystko, a najbardziej kręgosłup. Ale czego się nie robi, żeby zobaczyć kawałek świata 😉

Jak już udało nam się zjechać, to teraz trzeba tylko znaleźć jakieś miejsce na rozbicie namiotu. Teren jest górzysty, więc może być ciężko, a tak naprawdę każdy skrawek gdzie nie ma kamieni i jest w miarę płasko został ogrodzony.

Dojeżdżamy do rzeki Lumi i Thethit, teraz mamy zagwozdkę w którą stronę mamy jechać. Mamy do wyboru kierować się dalej wzdłuż rzeki, drogą, którą przyjechaliśmy, albo skręcić w lewo, przejechać rzekę i kierować się w drugą stronę. Jednak wybieramy podążanie drogą w prawo. Dalej nami telepie, bo więcej jest dziur niż prostej drogi, ale co tam. Poza tym jest całkiem fajnie, zdarzyło się nawet, że musieliśmy przejeżdżać przez mały potok, który przecinał drogę i spływał w dół. Trzeba było także uważać na wystające skały. Z jednej strony trzeba uważać, żeby nie podjechać za blisko krawędzi, a z drugiej nie można za blisko podjechać ściany, bo wystają z niej skały, które mogą nieźle zarysować samochód (w najlepszym przypadku), albo urwać lusterko.

Nagle wyjeżdżamy z pomiędzy krzaków, a naszym oczom ukazuje się cała dolina. W dole płynie rwąca rzeka, ale jadąc kawałek widzimy, że również w dole jest piękna polana i polna droga. Wystarczył jeden rzut oka i oboje wiedzieliśmy, że to tam chcemy rozbić nasz obóz. Tylko teraz trzeba tam jakoś dojechać. Zjechaliśmy na sam dół i zonk, żadnej drogi nie ma. Ale jak to nie ma? Przecież z góry ją widzieliśmy! Musi gdzieś być, ale gdzie, przecież się rozglądaliśmy, no nie możliwe, żebyśmy ominęli drogę.

Dobra tak nie może być, musimy się zawrócić. Zostawiamy samochód i idziemy się przejść, była taka wnęka, ale wyglądała bardziej na zatoczkę zakrzaczoną z każdej strony. Ja mam nosa do takich rzeczy i się uparłam, że tam musi być droga. Ha! Miałam rację, za krzakami była droga. Tak skubana schowana, że gdybyśmy nie wysiedli z samochodu, to byśmy za chiny jej nie znaleźli.

Wrzucam mapkę, może ktoś również będzie chciał tam trafić.

Miejsce puste, ludzi nie ma, no prawie idealnie. Gdyby jeszcze tylko pogoda była ładna… Pierwsze co robimy, to wychodzimy z samochodu i robimy mały zwiad gdzie się rozbić. Miejsca jest sporo i ciężko się zdecydować. Wreszcie zapadła decyzja, mamy miejsce. To ja standardowo rozbijam namiot, a Piotrek idzie po drewno. Nie wiem, które z nas się bardziej namęczyło. Czy ja rozbijając namiot, a wierzcie mi nie było to proste. Niby widzicie podłoże jest super, ale prawda jest taka, że tam był kamień na kamieniu, a znaleźć miejsce do wbicia szpilki… moja mama by mi po głowie dała, gdyby usłyszała co wtedy z moich ust wychodziło. 😛

Wreszcie się udało namiot stoi, materac nadmuchany, rzeczy wypakowane. Drewno na ognisko jest. A właśnie, a pro po drewna. Nigdy się nie spotkałam z tego typu drewnem i ciężko było nam zorientować się co to jest. Ogólnie ładnie pachniało, jak się paliło, w sumie dość kiepsko, trochę takie oleiste. Strasznie dużo trzeba było go zużyć, żeby się faktycznie dobrze paliło. A nic innego nie było.

Pierwszy wieczór i trzeba go uczcić. Jak najlepiej można to zrobić? Pijąc piwko, rakiję i jedząc kiełbaski z ogniska. Wieczorem prawie dostaliśmy zawału. Miejsce trochę dzikie, wiadomo, że w okolicy są niedźwiedzie i inne zwierzęta. Z góry nas doskonale widać i tak naprawdę łatwo, jak ktoś wie jak nas podejść. Na szczęście mamy 3 psy zaczepno- obronne, które jakby co to wszystko sygnalizują. No i wyobraźcie sobie, siedzicie sobie wychillowani, a tu naglę psy podnoszą raban. To jak szybko mi skoczyło ciśnienie to tylko Ja wiem. Na szczęście nic groźnego to nie było. Pewno jakiś zając, albo inne małe stworzonko się kręciło, a psy zareagowały. Później zrobiły tak jeszcze kilka razy, ale można się było do tego przyzwyczaić. Chociaż nie wiem, czy można się przyzwyczaić do nagłego rabanu.

Niestety w nocy zaczęło padać i to w sumie była regularna burza i to taka, gdzie grzmiało i błyskało. Nic bardziej mnie nie przeraża, jak burza w górach , nad rzeką. Ogólnie na otwartej przestrzeni. Przetrwałam nie jedną burzę w Rumunii w namiocie, wtedy byłam sama i nie bałam się tak, jak podczas tej burzy.

Przez nie przespaną noc wyglądałam jak zombi. Myślicie, że w internetach tylko ładne zdjęcia się umieszcza? To patrzcie! To jest dowód, że nie zawsze wyglądam pięknie i pachnąco z rana 😛



Po śniadanku mały spacerek. Piotrek chciał przejść rzekę. Powodzenia. Zdjął kalosze i do wody. Hahahaha wszedł do kolan i uciekł. Jak wracał to już stóp nie czuł. Taki zimny ten potok był.

Postanowiliśmy się przejść w górę rzeki, może udałoby się nam znaleźć miejsce do przejścia na drugą stronę. Niestety nie było takiej opcji, było to zbyt niebezpieczne i o ile my może byśmy dali radę, to psy na pewno nie. Ale za to odkryliśmy, że miejscowi bardzo pomysłowo zrobili korytarz którym płynęła część wody ze strumyka. Korytarz znikał pod ziemią i towarzyszył mu tajemniczy system śluz.
Cała ta konstrukcja była lekko podniszczona, a jej obecność w tak dzikim miejscu dość zaskakująca.

Pogoda była kiepska, ale na szczęście nie padało, i nawet na chwilę pokazało się słoneczko. Dzięki temu mogliśmy trochę pozwiedzać. Postanowiliśmy zostawić nasz obóz w nadziei, że jak wrócimy będzie cały.

Nasze kroki skierowaliśmy do małej wioski w dole rzeki. Po drodze minęliśmy hydrocentrum – czyli po polsku elektrownie wodną, która zasilana była wodą ze strumyka. A dokładniej kanałem którego niepozorny początek widzieliśmy w górze rzeczki. Woda pokonuje nim sporą odległość po małym spadku w przeciwieństwie do doliny oraz koryta rzeki. W ten sposób wypracowaną różnicą poziomów pozwala rurami z dużej wysokości doprowadzić wodę do elektrowni wodnej i dalej do strumyka.

Robi to niesamowity klimat ponieważ cała konstrukcja jest stara z rur w kilku miejscach tryska woda jak z wężyka od prysznica wymagającego wymiany. Sam budynek elektrowni jest malutki niepozorny taki większy garaż, którego przeznaczenie zdradzał szum turbin.

Wioska ta, to taka typowo skromna wioska. Trochę budynków, zwierząt gospodarskich. Dużo rozpadających się i nie dokończonych budynków, trochę smutny widok.

Woda, jak to w górskich potokach bardzo przejrzysta. Trafiliśmy na fajny mostek, którym trzeba było przejść na drugą stronę. Trochę dalej był mały budyneczek, a w zasadzie wiata zbita z desek.

Tak, ta wiata to nic innego jak bar. Zapewne w sezonie jest to całkiem oblegane miejsce. Na razie Piotrek stanął za barem 🙂

Tutaj minęliśmy też dwóch miejscowych, którzy szli z długą bronią z psami myśliwskimi i z rybami na patyku. Coś czuję, że ta broń to nie była na ryby, a raczej na niedźwiedzie.

Ponieważ zaczęło się już zmierzchać musieliśmy wracać, bo jednak kawałek przeszliśmy, a nie koniecznie mądre byłoby po wracanie po zmroku.

Po powrocie do obozowiska czas na szamkę. Tym razem nie ja stałam przy garach.

Mój kucharz 🙂

Potem oczywiście znowu się rozpadało i tak lało całą noc. Jak wstaliśmy następnego dnia, dalej lało. Czekaliśmy, aż przejdzie, ale no niestety, pech chciał, że lało dalej. No i podjęliśmy decyzję, że już wracamy i zwijamy ten cały bajzel taki mokry. Nie chciałam tego robić, bo najgorzej, jak to trzeba później suszyć w domu. Spakowaliśmy się dość sprawnie i ruszyliśmy w drogę powrotną. A wracanie znowu tą drogą, dziurawą, gdzie znowu będzie telepało. No nie jest to coś przyjemnego. No ale na śmigłowiec jeszcze nas nie stać, więc musimy się poruszać drogami.

Jedną z obaw jakie mieliśmy po tych opadach i ochłodzeniu, to czy damy radę wjechać z powrotem na górę. Bo nie raz czytałam w necie, że jest problem przy dużych opadach poruszać się tą drogą. Jakie było nasze zdziwienie jak się okazało, że wyżej spadł śnieg i po śniegu trzeba było jechać. Deszcz, śnieg, ślisko, błoto – no nic przyjemnego i bezpiecznego do jazdy, a jeszcze jakiś wzmożony ruch był, bo co i rusz musieliśmy się z kimś mijać na drodze.

Droga powrotna do Polski, była długa, ciężka i w ogóle masakra.

O ile przejechanie granicy z Albanii do Czarnogóry, to nie był problem, to przejechanie z Czarnogóry do Bośni to masakra. Jak już kiedyś w jednym z wpisów informowałam, że kupiliśmy „zieloną kartę” dla samochodu przy wjeździe do Macedonii, bo zapomnieliśmy o tym w Polsce. No to na granicy z Bośnią, okazało się, że to było ubezpieczenie na Macedonię, a zielona karta wygląda całkiem inaczej. No i nie chcieli nas przepuścić. Pan pograniczniak, kazał mi wysiąść z samochodu i iść za nim. I ja swoim łamanym angielskim próbowałam się z nim dogadać. Mówię, tłumaczę, proszę. Że Ja nie wiem, że w Macedonii nam o tym mówili, no to pograniczniak zwraca się do innego kierowcy o zieloną kartę, a tu zonk, koleś też nie ma. Ups… przepraszam Pana najmocniej, bo wkopałam na minę. No i mówię, że mogę u nich kupić tą zieloną kartę, ale nie nie da się trzeba w mieście jakieś 70 km stąd. Ale tylko w dzień. Bo to już 22 była jak granice przekraczaliśmy. A Ja dalej zaczynam ściemniać, że na ślub siostry się śpieszę, ( a tak naprawdę to na przymiarkę jej sukni ślubnej). No to coś zaczął gadać po ichniejszemu ze swoim przełożonym, chwilę zajęło, ale wyobraźcie sobie, że Pan do mnie z tekstem, że na kawe by się coś przydało. W pierwszej chwili nie załapałam, bo w życiu nie dawałam łapówki, ale ewidentnie koleś chciał hajs. No to ja w te pędy do samochodu po hajsy. Koleś w sumie nawet się nie krył za bardzo z tym. Wyszła tam jakoś stówka. Ale co ja się tam namartwiłam, że nas nie puszczą…

Jak już pisałam, każdą granicę przekraczam Ja. Po prostu się z Piotrkiem przesiadamy i ja przejeżdżam. Dojeżdżając do Chorwacji martwiłam się jeszcze bardziej. Jak wiecie, żeby wjechać na teren Unii Europejskiej z psami, trzeba mieć dla nich odpowiednie papiery. My niestety nie mieliśmy papierów na badanie poziomu przeciwciał na wściekliznę, a bez tego nie wpuszczą. Dojeżdżając do szlabanów i budki ze strażnikiem, modliłam się, żeby z niej nie wylazł i nie podszedł do samochodu. Bo tak, to nie widać, że mamy psy, bo szyby przyciemniane, a jak by podszedł to psy na pewno by się odezwały i wtedy dupa mokra. Na szczęście dałam tylko nasze paszporty, bo tak lało, że się panu nie chciało wychodzić. Jak przekroczyliśmy już punkt graniczny to odczułam taaaaką ulgę. Dalsza droga do Polski, choć męcząca, odbyła się bez żadnych większych przygód.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.