Góry Sowie – rowerem na Srebrną Górę.

Góry Sowie – rowerem na Srebrną Górę.

Jazda rowerem nigdy nie była dla mnie jakimś super sportem. Ostatnio jednak przekonałam się, że jak ma się odpowiedniego partnera rowerowego może być on genialną formą spędzania wolnego czasu. Więc robimy sobie tak po 50-90 km w ciągu dnia. Kiedyś przejechanie 10 km było dla mnie jakąś masakrą, teraz spokojnie radzę sobie z dużo większym dystansem. Nawet udało mi się zrobić swoją pierwszą setkę 😉 ale wracając do naszej wycieczki w Góry Sowie, bo o nich ma być mowa.

Psy zostały pod opieką moich rodziców, a my wsiedliśmy w samochód, rowery na bagażnik i jedziemy na południe Polski. Późnym wieczorem zajechaliśmy do Schroniska Orzeł. Zmęczeni i jedyne o czym myśleliśmy to jedzonko i spać. Jedzonko było pyszne, ponieważ większość była zrobiona w domu. Tym razem wszystko było wegetariańskie. Zero mięska i sama energia. Warzywne kotleciki, ogórki kwaszone, placki z marchewki, tortille, ajvar robiony na ognisku.

Po kolacji wyszliśmy pooglądać światła w dolinie i posłuchać rykowiska jeleni. Jeżeli ktoś nie wie, że we wrześniu mają swoje gody może pomylić z rykiem niedźwiedzia. Schronisko bardzo fajne, klimatyczne, szczególnie fajny bar w piwnicy. Pokoje typowo schroniskowe. Skromne, ale wygodne. Łazienki czyste i ciepła woda w kranie, co czasami w schroniskach jest dużym problemem.

O taki widok z okna następnego dnia nas powitał!

Pogoda zapowiada się przednia. Nastroje są, to nic tylko wsiadać na rower i pedałować. Jeszcze tylko zdjęcie z panoramą i można jechać.

Skręcamy w prawo od schroniska i mozolnie jedziemy chwilę pod górę. Po chwili dojeżdżamy do schroniska Sowa. Niestety jest zamknięte, więc nie zatrzymując się jedziemy dalej. 2,5 km później dojeżdżamy na Wielką Sowę -1015 m n.p.m. Chciałabym rzec, że wjeżdżam na nią w wielkiej chwale, ale tuż przed szczytem na korzeniu ucieka mi koło i zeskakuje z roweru. Decyduje się te ostatnie metry podejść. Z lasu wychodzę na niewielką polankę z wieżą widokową. Moim oczom ukazuje się nic innego jak latarnia morska! Hmmm… coś się nie zgadza. Latarnia morska w środku gór?

Wieża została otwarta w maju 1906 roku. Wysoka na 25 m, można wejść do środka, wspiąć się na górę i popodziwiać widoki. Wejście kosztuje 6 zł. My się nie decydujemy, wsiadamy na rowery i po krótkim odpoczynku jedziemy dalej.

Skręcamy w prawo i czerwonym szlakiem kierujemy się na Kozie Siodło. Początkowo droga jest fajniutka, trochę kamieni, trochę korzeni, ale jedzie się całkiem fajnie. Nawet z zablokowanym amortyzatorem ;P Ha! Bądźcie mną i jedźcie po górach z zablokowanym amortyzatorem, po kamieniach, powtórzę tak dla jasności! Potem szlak zaczyna być usłany kamieniami i korzeniami. Jedzie się ciężko i strasznie trzęsie. Moja limonka daję radę i sunie po kamulach niczym rakieta.

Przejeżdżamy Rozdroże pod Wielką Sową, dalej dojeżdżamy na Kozie Siodło, zmieniamy szlak na żółty i trafiamy na fajną szutrową drogę, gdzie rozwijamy dość znaczną prędkość i po chwili wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń i widzimy fajną panoramę na całe góry Sowie. Jest też niska platforma- taka drewniana mini wieża widokowa.

Zjeżdżamy tą bardzo fajną drogą i dalej trafiamy na szlaban i na kawałek drogi asfaltowej. Jesteśmy na przełęczy Jugowskiej. Tu delikatnie skracamy sobie drogę do szlaku niebieskiego i odbijamy w lewo, nie zajeżdżając w okolice PTTK Zygmuntówka. Na niebieski szlak wpadamy na Rozwidleniu nad Zygmuntówką. Dalej droga jest szeroka, szutrowa. Czasami trzeba jechać gór, dół. No ale wiadomo, jak to w górach. Nie jest to jednak bardzo męczące.

Wpadamy na Bielawską Polanę. Tam dłuższy odpoczynek. Bananek i batoniki. Trzeba uzupełnić stracone kalorie. Jest to mega ważne, aby dobrze się nawadniać i co i rusz coś podjadać przy takim wysiłku fizycznym.

Mięśnie powoli dają o sobie znać. Szczególnie, jak parę dni wcześniej przetyrałam je po Tatrach. Oj miałam ja zakwasy, ledwo co się ruszałam i mega się bałam tego, że nie dam rady, właśnie ze względu na zakwasy.

Po odpoczynku zmieniamy szlak na czerwony i tu zaczynają się schody. Nie dosłownie oczywiście! Droga dalej jest bardzo fajna, ale strasznie męcząca. Zjazdy są nawet spoko, gorzej z podjazdami. Ja w większości sobie po prostu nie radziłam. Przyznam szczerze, po 18 km mięśnie paliły niemiłosiernie i miałam dość. Serio, nie pamiętam kiedy ostatnio miałam takie załamanie.

To jest moja zmęczona mina mówiąca- mam dość!

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie jechała dalej. Uparta jestem i chyba tylko totalny brak sił zmusiłby mnie do powrotu. Dobra z tym jechaniem to też wyjaśnię, bo podjazdy to raczej podchodziłam 😉 Stękałam wtedy straszliwie, pot po tyłku mi leciał, ale szłam dalej.

Tuż przed Gołebią musiałam sobie na chwilę klapnąć i odpocząć. Zmieniłam baterię w kamerce i nie było rady, trzeba było się ruszyć. Na szczęście tuż, tuż był szczyt Gołębiej 810 m i początek trasy D – Enduro Srebrna Góra – Red Line.

W człowieka wstąpiły nowe siły. Adrenalinka poszła do góry i koła, aż się paliły do jazdy. Co ja mogę wam powiedzieć. Trasa jest bajka! Super jest przygotowana. Ja tam się nie znam na tych wszystkich nazwach, ale były głębokie zakręty, delikatne dropki, znalazł się też mały mostek. Prędkość może nie niesamowita, ale w niektórych momentach nogi się trzęsły, a ręce bolały od trzymania kierownicy. Czasami na środku pojawił się ścięty pieniek – tak nie mogłam się zdecydować z której strony go ominąć i finalnie w niego wjechałam. Był też moment kiedy rower „uciekł” mi z pod dupy, ale słuchajcie wybroniłam się! Ładnie z tego wyszłam i się nie wywaliłam.

Zjechałam i byłam mega zadowolona 🙂 Zmęczona, ale z bananem na twarzy. Bałam się najbardziej o mój rower, czy da radę przejechać po takiej trasie i takich wertepach. Na szczęście się nie zawiodłam, jeżeli ktoś planuje zakup, na prawdę polecam Treka. Mój nie jest typowym „góralem”, nie ma też mega szerokich kół. Limonka jednak spisała się wyśmienicie.

Uhu! Jesteśmy na Srebrnej Górze! A właściwie zaraz będziemy w Twierdzy Srebrna Góra.

Budowa twierdzy przebiegała w latach 1765-1777. Cała twierdza składa się z kilku fortów, bastionów z donżonem w środku górujących nad miasteczkiem. Pozwolicie, że nie będę opisywała całej historii twierdzy. Zapraszam do innych, bardziej ciekawych źródeł, a także do zwiedzenia z przewodnikiem. Ja miałam swojego prywatnego, który kilka ciekawostek mi powiedział 😉 Nie mieliśmy też tyle czasu, żeby całość zwiedzać z przewodnikiem. Ogólnie bilet wstępu kosztuje 25 zł, więc bardzo po kieszeni nie uderza, a odwiedzić warto.

Pierwsze co robimy, to przechodzimy kamiennym łukiem do wnętrza. Od razu kierujemy się do kas, na szczęście możemy wejść bez problemu z rowerami. Tunelem wychodzimy na lewą stronę na polanę, gdzie powiewa flaga, stoi armata i jest superowy widok.

Dalej idziemy, co bym nie skłamała w kierunku Fortu Rogowego.

Rowery zostawiamy w środku i idziemy zwiedzać korytarze. Niestety widać jak wszystko jest zniszczone 🙁 no, ale tak to właśnie jest z takimi zabytkami w Polsce.

Następnie nasze kroki kierujemy do głównej atrakcji Donjonu.

Kiedyś nad wejściem wisiał orzełek, ale został odstrzelony 🙁

Wchodzimy i widzimy całkiem fajnie zachowane miejsce. Do środka budynków można wejść i obejrzeć eksponaty, my się kierujemy schodami na górę.

Z pomieszczeń w forcie zdjęć nie mam, ale zapraszam do obejrzenia filmiku, bo tam jak najbardziej możecie zajrzeć do środka.

Na porządne jedzenie zatrzymaliśmy się w schronisku Srebrna Góra. Jak widzicie porcje potężne i bardzo smaczne. Cena też nie wygórowana, ot taka jak za normalny obiad. Nie chce skłamać, ale chyba zapłaciliśmy 27 albo 29 zł za talerz.

Tutaj też podjęliśmy decyzję, że jesteśmy już za bardzo zmęczeni, poza tym jest już późno, więc nie wracamy tą samą drogą, tylko asfaltem. Do tej pory zrobiliśmy już 26 km. Kolejne 25 przed nami. Niby powinno być łatwiej, bo droga asfaltowa, ale jednak taki dystans w górach robi swoje. Jest z powrotem trochę zabawy, bo prędkość na zjazdach jest kosmiczna. Według gps udało nam się wywinąć 48 km/h. Wchodzenie w zakręty też było ciekawym przeżyciem. Szczerze przyznam, że trzeba wiedzieć jak się dobrze składać w zakręcie, kiedy odpowiednio ściąć, czy jak ułożyć nogi. Człowiek po prostu musi się tego nauczyć. Ja prawie się wywaliłam i chyba tylko moja zadziwiająca koordynacja i łut szczęścia pozwoliły mi uniknąć katastrofalnej w skutkach wywrotki. Bo przy większej prędkości ma się wybór, albo polecieć prosto i władować się w krzaki, drzewa, rów i się połamać, albo położyć rower i na asfalcie zedrzeć skórę. Ja się nauczyłam jednego, nie hamować gwałtownie i wcześniej wchodzić w zakręt, tak, żeby się wyrobić, żeby go zrobić.

Droga była długa, ilość podjazdów powoli zaczynała zabijać, a ja miałam wrażenie, że jeszcze trochę i nogi albo mi odpadną, albo ja padnę i trzeba będzie mnie zbierać. Poza tym jakieś ostatnie 10 km to była jazda tylko pod górkę. No i niestety wymiękłam, nie dałam rady zrobić części podjazdu i musiałam zsiąść z roweru i kawałek przedreptać, potem znowu kawałek jazdy i już sam podjazd do schroniska trzeba było pokonać na piechotę. No nie było opcji podjechania. Ogólnie wycieczka mega i już się nie mogę doczekać kolejnej takiej. Jednak następnym razem wiem, że nogi muszą być wypoczęte, tak więc zero chodzenia po górach wcześniej.

Standardowo zapraszam na filmik z naszej wycieczki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.