Jagnięcy Szczyt 2230 m n.p.m. Słowacja

Jagnięcy Szczyt 2230 m n.p.m. Słowacja

Wyjazd totalnie spontaniczny. W sumie, jak prawie każdy mój wyjazd w Tatry. Nadarzyła się okazja to jadę. W czwartek wieczór info, że znajomy jedzie następnego dnia w Taterki. No to ja szybciutko weryfikacja planów i w piątek po południu siedzę w samochodzie i gnam do Zakopanego.

Pogoda zapowiadała się przednia. Niestety wiązało się to z baaardzo obleganymi szlakami. Decyzja zapadła, że odwiedzimy następnego dnia Słowacką stronę Tatr. Padło na Jagnięcy Szczyt. Dla mnie fajno, bo jeszcze po tamtej stronie mnie nie było. Jedynym problemem dla mnie był brak ubezpieczenia. Pamiętajcie, że jak jedziecie w Tatry na stronę Słowacką, koniecznie trzeba wykupić ubezpieczenie od akcji ratowniczych. Co prawda, my nie mieliśmy w planie jakiś trudnych szlaków, ale nigdy nie wiadomo. Zawsze wypadki są nieprzewidziane, a koszt akcji ratowniczej jest spory i jeżeli ktoś nie ma bardzo grubego portfela to warto się w ubezpieczenie zaopatrzyć. Ja na szybko po przeszukaniu Internetu wykupiłam ubezpieczenie z Portalu Tatrzańskiego, zapłaciłam 13 zł. Myślę, że kwota jest na tyle mała, że warto to zrobić i mieć spokojną głowę.

Z rana ruszyliśmy na parking w Białej Wodzie Kieżmarskiej, niestety jak przyjechaliśmy cały był zajęty i trzeba było zaparkować troszkę dalej na poboczu. Na szczęście Słowacy są dużo bardziej przyjaźnie nastawieni do parkowania poza parkingami. Tam również okazało się, że jeden z moich kijków dokonał swojego żywota i za cholerę nie dało się go rozkręcić do pełnej długości. Skazana byłam na wędrówkę z jednym. Na szczęście dostałam drugi od Marcina z którym ten szlak przechodziłam. Moje kolana były mu bardzo wdzięczne.

Idziemy żółtym szlakiem prosto do Zielonego Stawy Kieżmarskiego. Droga cały czas lekko się wznosi, a my w pewnym momencie dochodzimy do potoku Biała Woda Kieżmarska. Droga zaczyna być mocno kamienista. Przyznam szczerze, że takiej nie lubię najbardziej, bo najłatwiej jest skręcić tutaj kostkę. Jednak wynagradzają to widoki, które się ukazują. W pewnym momencie idziemy wzdłuż Zielonego Potoku i naszym oczom ukazują się szczyty, które górują nad Zielonym Stawem.

Wreszcie ukazuje nam się przepiękny widok na Zielony Staw Kieżmarski. Położony jest on na wysokości 1545 m n.p.m. Nad nim górują potężne szczyty Małego Kieżmarskiego Szczytu, Durny Szczyt, Baranie Rogi, Czarny Szczyt, Kołowy Szczyt czy Jastrzębią Turnię. Człowiek stając przed takim obliczem uświadamia sobie jaki jest malutki. Dlatego właśnie tak bardzo kocham góry.

Kijek mocy, który przeszedł niejeden szlak… Niestety to była jego ostatnia wycieczka. Jego brat bliźniak został przy samochodzie 🙁

Czas na krótki odpoczynek, batonika i łyk wody. Niestety zbyt długo nie można odpoczywać, bo droga daleka i dość wymagająca. Mijamy schronisko chata pri Zelenom plese z 1895 roku.

Z dołu droga nie wydaje się trudna. Faktycznie w górę pnie się ścieżka wśród kosodrzewiny, czasami jednak trzeba sobie pomagać rękami. Chyba, że ktoś potrafi taaak rozstawić nogi. Ja niestety takiej rozpiętości nie mam i w ruch idą rączki. Jest to trochę upierdliwe, bo trzeba sobie radzić jakoś z kijkami. Pot leci mi po czole i zalewa mi oczy. Mimo dużej ilości przejechanych kilometrów na rowerze, odbija się brak kondycji. Ehhh robię się coraz starsza 🙁 ale i tak zawsze będę zwalała to na brak kondycji. Zdecydowanie za rok muszę częściej jeździć i nie wolno się doprowadzić do takiego stanu.

Wreszcie wychodzę na przełęczkę i zaraz ukazuję się Czerwony Staw Kieżmarski. Tu znowu chwila odpoczynku. Cały krem do opalania dawno mi spłynął z twarzy. Oczy trochę szczypią i przemywam twarz wodą.

Dalej idziemy łagodnymi zboczami Jastrzębiej Turni. Do Kołowego Przychodu wiedzie krótki kawałek skały ubezpieczonej łańcuchami, ale nie jest to coś co powoduje jakieś wielkie trudności, niestety jak zwykle przy łańcuchach tworzą się korki.

Tuż przed łańcuchami składam kijki i zakładam kask. Ja wychodzę z założenia, że jeżeli mam kas ze sobą, a idę w miejsce gdzie jest możliwość, że coś spadnie mi na głowę, to zawsze go zakładam. Oprócz mnie kask miała tylko jedna osoba. Dziwi mnie to trochę, bo co i rusz było słychać obsuwające się kamienie. Albo ktoś krzyczał: „Uwaga leci!”. No, ale ja to ja i wolę o swoją głowę dbać.

Droga na sam Jagnięcy szczyt wiedzie w okolicach grani, trzeba przejść kilka żeberek, parę rynien i już jesteśmy na szczycie. Bardzo fajny kawałek i przyjemnie się wchodzi.

Początkowo chmur jest mało i co i rusz widać szczyty gór. Jednak po chwili robi się mleko. Chmura wchodzi w szczyt i nic nie widać.

Na szczęście nie trwa to długo i zaraz pokazują się super widoczki. Również widzimy coś, co w górach według przesądów zwiastuje nieszczęście. Widmo Brokenu. Trzeba zobaczyć je trzy razy, żeby odczynić pecha. Wniosek taki, że teraz muszę częściej jeździć w góry ;P

Powrót tą samą drogą. Jednak jest miejsce koło Kołowego Przychodu, gdzie trzeba uważać, żeby nie zboczyć ze ścieżki. Jest słabo widoczne wejście i ludzie idą dalej wydeptaną ścieżką.

Cała droga ma 21 km. My zrobiliśmy ją w 8 godzin.

Zapraszam Was również na filmik z wejścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.