Kenia 2019/2020 Sylwester

Kenia 2019/2020 Sylwester

Kenia. No cóż ciężko jest napisać coś konkretnego, bo mój dość spontaniczny wyjazd na sylwestra do Afryki, był dla mnie wielką niespodzianką. Totalnie niespodziewany i na szybko załatwiany, ale sprawił mi niezwykłą radość. Zawsze chciałam jechać do Afryki, zobaczyć zwierzęta, te które widziałam w telewizji, albo w zoo w ich własnym środowisku. Było to moje jedno z kilku marzeń i się dzięki jednej osóbce spełniło. 🙂 No i ciepełko, to najlepsze ciepełko na świecie. W Kenii spędziłam 5 dni. Zbyt wiele nie udało się zobaczyć, ale tym razem postawiliśmy na odpoczynek.


W Mombasie wylądowaliśmy późnym wieczorem. Od razu wychodząc z samolotu daje się odczuć potworny żar i wilgoć w powietrzu. Po tylu godzinach lotu człowiek jest zmęczony i spocony, ale z bananem na twarzy wyczołguje się, zabieram bagaż i lecę przez przejście zakupić wizę kenijską. Pani w okienku machinalnie bierze ode mnie paszport i krzyczy 50$, o nic nie pyta, wbija stempel i mnie przegania, żebym nie blokowała kolejki. Pierwsze co mi się rzuca pod nogami to potwornie wielki karaczan. Fuuujjj… to jest wielki minus takich fajnych miejsc. Potwornie wielkie robale.

Wsiadamy do busika i jedziemy do hotelu. Droga z lotniska w Mombasie jest długa, ale klima przyjemnie chłodzi. Drogi są w potwornym stanie, dziura na dziurze i miota nami straszliwie. Wreszcie po jakiś 50 minutach docieramy do hotelu. Tu obsługa wita nas ciepłymi, mokrymi ręcznikami i szklanką soku. Severin Sea Lodge to tu spędzimy najbliższy czas. Po wszystkich formalnościach idziemy wreszcie do pokoju. Wita nas pokój w stylu lat 80, 90? Standard nie za wysoki, ale jest wszystko co potrzeba, łóżko, łazienka, klima i lodówka.

Pierwszy dzień, to typowo leniuchowy. Śniadanie w hotelowej restauracji nie powala. Standardowo najbezpieczniejszy omlet z warzywami. Ileż Ja to się nasłuchałam o szkodliwości tamtejszej wody i ichniejszego jedzenia 😛

Po śniadanku idziemy na plaże i planujemy się trochę przejść po okolicy. Rano idąc na śniadanie, woda jest jeszcze przy samej plaży. Później mocno się cofa i woda odkrywa swoje skarby. Jest tego naprawdę sporo i warto. Z każdej strony słychać ich pozdrowienie: „Jambo” to takie nasze „cześć”. Krzyczy do Ciebie to prawie każdy, sprzedawcy, mijani ludzie, obsługa. No każdy.


Wchodząc na plaże od razu zostajemy zaczepieni przez miejscowych, którzy oferują swoje usługi. Wycieczkę na safari, na nurkowanie i wiele innych atrakcji. Pamiętajcie, żeby się z nimi mocno targować i nigdy nie zgadzać się od razu na pierwszą propozycję. Oni później miękną i można ugrać całkiem dobrą cenę takiej wycieczki. Nas „złapało” trzech miejscowych i postanowili sobie na nas zarobić. Ale jak dla mnie było warto, ponieważ trochę poopowiadali, ale też całkiem sporo pokazali.

Co mogę Wam polecić, nigdy nie chodźcie w takich miejscach bez butów wodnych. Jest tam sporo jeżowców i innych żyjątek i może się to skończyć nadzianiem się na coś i końcem wakacji. My troszkę nieświadomie zapuściliśmy się na bosaka i na szczęście nic się nie stało, ale kilka dni później jak wracaliśmy z nurkowania to nadepnęłam na jeżowca i przebiłam w paru miejscach grubą gumową podeszwę buda i ułamałam kawałek w swojej stopie. Na szczęście szybka interwencja, zdjęcie buta, wyciągnięcie resztek i w pokoju igłą usunięcie tylko paprochów ze stopy i wakacje uratowane.

Moja stopa i wyciąganie kawałka ułamanego jeżowca. Także pamiętajcie buty do pływania obowiązkowo, bo to może uratować wasze wakacje.

Wieczorem na plaży jest spokojnie. W sumie nikogo nie ma i jest bardzo spokojnie. Nie ma tego tłoku i ciągłego zaczepiania przez lokalsów. Miło, ciepło, ale też mieliśmy towarzystwo w postaci małych krabów, które w nocy wyłażą spod ziemi. Skubane siedzą cały dzień zakopane w piasku, a wieczorem wychodzą ze swoich norek i straszą szybko przebiegając pod nogami.

W pokoju znajduję jaszczurkę. Skubana jakoś się dostała do środka, powodując mały zawał u mnie. Nie koniecznie chciałam spać z nią razem w pokoju i urządziłam małą gonitwę. Niestety sromotnie poległam i musiałam pogodzić się ze swoją porażką i obecnością niechcianego lokatora w nocy.

Na safari trzeba było wstać bardzo wcześnie. W hotelowych holu odbieramy nasze breakfastboxy i idziemy do małego busika, który ma nas zawieźć do Parku Narodowego Tsavo. Długo jedziemy, ale wreszcie docieramy do parku. Na początku wielka euforia. To już! Wreszcie zobaczę słonie, lwy, żyrafy itp. Po dłuższym czasie przychodzi rozczarowanie, bo tylko jeździmy i nic nie znajdujemy.

Piękne baobaby

Wreszcie dostrzegamy pierwsze zwierzątko. Impala, akurat tutaj jest ich sporo i później też często je spotykamy.

Wreszcie na radiu nasz kierowca słyszy, że gdzieś są inne zwierzęta i szybko nas tam zabiera. Pierwsze na tapetę idą zeberki. Przygotujcie się, bo troszkę wam przy spamuję zdjęciami.

Potem przychodzi czas na żyrafy.

Potem pojawił się Pumba z rodziną, która sobie wesoło biegała.

Takim autkiem my też jechaliśmy. Jest to bardzo popularne, bo nie można wychodzić z samochodu w parku. Jest zakaz.

Wreszcie spotykamy słonia. Podobno jest to już staruszek i nigdzie mu się nie spieszy. Jest to czerwony słoń. Swoją nazwę zawdzięczają czerwonej ziemi, którą się pokrywają.

Słoń najpierw się napił, potem polewał wodą, a na końcu co było śmieszne, podniósł jedną z tylnych nóg i się tak śmiesznie kiwał, jednocześnie machając trąbą.

Minęło już południe i był czas na obiadek. Kierowca zabrał nas do jednego z budynku znajdującego się na terenie parku. Jedzenie było naprawdę smaczne. Każdy mógł wybrać coś dla siebie, bo wybór był spory. Jedzenie było w cenie safari, niestety napoje już nie i trzeba było za nie dodatkowo zapłacić. Pamiętajcie o tym, gdyby przyszło Wam do głowy zamawiać bez limitu, a potem musielibyście płacić.

Po obiedzie jeszcze trochę jeździmy po parku, a na radiu jest info o lwie. To jest dość śmieszna historia, ponieważ lew był bardzo daleko, w sumie nie wiadomo gdzie i jak już udało się coś dostrzec, to okazało się to być dużym korzeniem. Tak wszyscy patrzyli się na korzeń i się zachwycali. Później jednak udało się go dostrzec, ale tylko dzięki dość dużemu przybliżeniu aparatem.

Kto znajdzie lwa?

Naszą drogę przecinają również strusie.

Oraz coś co wygląda jak skrzyżowanie osła z czymś… nie mam pojęcia co to jest.

Na drzewach spotkaliśmy dużo takich gniazd. Z rozmowy z kierowcą zrozumieliśmy, ze to gniazda nietoperzy, ale po bliższym zaznajomieniem się z internetem okazało się, że to gniazda wikłaczy (ptaków).

Park jest tak wielki i rozległy, że nie możliwe jest zwiedzić go w jeden dzień, dlatego jeżeli chcielibyście zobaczyć Wielką Piątkę, albo po prostu więcej zwierząt i poczuć ten klimacik to koniecznie jedźcie na więcej dni.

Wracając zahaczamy o ichniejszy magazyn z pamiątkami, można tam kupić wszystko dużo taniej.

Wracamy jeszcze w ciągu dnia, więc widzimy mały kawałeczek tego kraju. Jest biedny. Widać to straszliwie. Biedny i brudny.

Następnego dnia idziemy popływać, płetwy w ręce, maski zakładamy i idziemy szukać raf. Zastanawialiśmy się nad wycieczką łódką w jakieś polecane do nurkowania miejsce. Zrezygnowaliśmy jednak z tego i w sumie troszkę się cieszę, bo fajne rafki można znaleźć blisko brzegu. Ilość kolorowych rybek, no bajka po prostu. Nawet płaszczkę mi się udało zobaczyć. Niestety zdjęć nie mam, ale może jak mi się wreszcie uda, to zrobię filmik z wyjazdu. Co mogę polecić, jak idziecie nurkować koniecznie załóżcie bluzkę i krótkie spodenki, spieczone plecy to jedno, ale wyobraźcie sobie jak bolą cztery litery… W życiu nie poparzyłam sobie tyłka, a tu mimo użycia filtra 50, to nie byłam w stanie siadać na niego przez jakiś czas.

Sylwester. Spędziliśmy go dość spokojnie, ale w przemiłym gronie. W życiu nie myślałam, że będę patrzyła na fajerwerki na drugiej półkuli.

Troszeczkę jednak byłam rozczarowana, bo ludzie bardzo szybko się rozeszli i po pewnym czasie plaża była pusta.

Małpki, które sobie biegają po terenie i kradną jedzenie z talerzy.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Mój pobyt w Afryce skończył się zdecydowanie za wcześnie.

Gablotka z nożyczek na lotnisku. Pamiętajcie jak jedziecie do Kenii, zapomnijcie o nożyczkach 😉

Komu się uda dostrzec Kilimandżaro? Wiem, trudne to jest, ale ono naprawdę tam jest.
Jedzonko w samolocie

Mój powrót do domu był skomplikowany. Bo wracałam do Pragi, a nie do Warszawy. Na Czeskim lotnisku byłam dobrze po północy i niestety o tej godzinie nie było żadnych połączeń do Warszawy. No cóż mus, to mus trzeba czekać. Tu się mocno Pragą rozczarowałam. Myślałam, że jak pojadę na dworzec główny, to sobie siądę w jakiejś miłej restauracji i przeczekam do tej 6 na pociąg. Niestety wszystko było pozamykane, dodatkowo mało ludzi, a jak już to raczej nie ciekawi i to nie byli raczej ludzie, którzy czekali na pociąg. W ogóle już porażką jest zamknięta poczekalnia, którą otwierają dopiero po godzinie 3 w zimie, kiedy jest piekielnie zimno. Już wkurzona i zmarznięta po tej 3 wreszcie jest jakakolwiek szansa na ogrzanie się idę po bilet. Ledwo żywa po 6 wsiadam do pociągu. Tu uwielbiam i bardzo dziękuje liniom lotniczym za kocyk i poduszkę, którą dostają pasażerowie 🙂 Uratowały mi zmarznięte dupsko w pociągu.

Tu historia się nie kończy. Zmęczona i głodna czekałam na Pana z jedzonkiem. Wreszcie jest, moje wybawienie. Proszę kanapkę i herbatę, chce już płacić, a tu dupa. Nie można kartą, tylko gotówką i to jeszcze czeskimi pieniędzmi, albo Euro, a Ja mam złotówki i dolary. No i dupa! Nie będzie jedzenie. Rezygnuje. A tu kobieta z naprzeciwka mówi coś po czesku do pana i kładzie przede mną herbatę i kanapkę. Jest mi głupio i bardzo dziękuję kobiecie za kupienie mi posiłku. Chciałam jej oddać pieniądze, ale się nie zgodziła. Zaskoczyło to mnie niesamowicie. Później poszłam spać. Pani przy wysiadaniu mnie obudziła, a przede mną była woda i słodki rogalik, to od Pani która siedziała za mną. Teraz to dopiero było mi głupio, że obcy ludzie stawiają przede mną jedzenie. Bardzo dziękuje Paniom, które okazały mi tyle dobroci. Niesamowite na jakich ludzi można trafić jak się podróżuje.

Co mogę jeszcze Wam podpowiedzieć. W Kenii można płacić dolarami, ciężko jest jednak wymienić pieniądze. My mieliśmy duży problem. Nawet w niektórych bankach był problem z wypłatą pieniędzy, bo nie mają tam terminali i trzeba wypłacać z bankomatu w ich walucie.

My jadąc na nic się nie szczepiliśmy, jednak profilaktycznie braliśmy tabletki malaryczne- Malarone. Chociaż komarów dużo nie było, a Mugga fajnie dawała sobie radę.

Lepiej się nie zapuszczać samemu w nie turystyczne rejony, jest to po prostu niebezpieczne z powodu kradzieży i napadów.

Ludzie ogólnie są mili, ale trochę za bardzo jak na mój gust nachalni. Jest jednak na to sposób, trzeba ich po prostu olewać i nie wchodzić w interakcje. Jak już chcecie coś kupić, to się targujcie.

Nie pijcie wody nie butelkowanej, zębów nie myjcie kranówką, a jak już chcecie napić się soku, to kupcie w kartoniku, albo niech zrobią przy Was. Ja się niestety przekonałam, żeby nie pić nic niebutelkowanego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.