Moje początki z USA

Moje początki z USA

Kto by się spodziewał, że w wieku 32 lat, pojadę sobie na program work&travel do USA? No na pewno nie Ja. No, ale też nigdy nie myślałam, że w tym wieku wrócę na studia 😉 Równo 14 czerwca wsiadłam do samolotu na Lotnisku Chopina w Warszawie i 15 czerwca byłam już w Charleston w Karolinie Południowej.

Sama podróż samolotem Lotu była bardzo przyjemna. Lądując na lotnisku JFK byłam trochę przerażona, że sobie nie poradzę, potwornie bałam się rozmowy na Imigration, ale tak na prawdę wszystko poszło gładko i przyjemnie. Niestety zmienili mi terminal mojego następnego lotu, który był rano następnego dnia. Miałam ambitny plan, żeby przeczekać noc w jednym z „Lounge’y”. Niestety przez zmianę terminala nie mogłam tego zrobić. Więc jedyne co mi pozostało, to spać na podłodze na lotnisku. Chciałam też coś zjeść, ale przez późną godzinę, wszystko było pozamykane. Tak, nawet głupiej wody do picia nie mogłam sobie kupić! ;/ niby lotnisko takie wielkie, ale dziura gorsza niż nasze warszawskie. Następnego dnia, jak już udało mi się przejść odprawę na lot do Charleston, poszłam coś zjeść do typowej amerykańskiej knajpy- Wendy’s. Szczerze, to było dobre, ale się mocno rozczarowałam, bo z opowieści myślałam, że spotka mnie potwornie wielka kanapka, której nie uda mi się zjeść 😛

Lądując już w Charleston byłam miło zaskoczona tamtejszym lotniskiem, bo było o niebo lepsze niż lotnisko JFK. Zamówiłam ubera i pojechałam pod adres gdzie miałam mieszkać. Oczywiście nie może być tak, że wszystko pójdzie gładko. Na miejscu okazało się, że pod wskazanym adresem nikogo nie ma, a w mieszkaniu jest pies (słychać było szczekanie jak pukałam), po rozmowie z miejscowymi, okazało się, że tam mieszka jakaś babeczka, której akurat nie było. Po jakiś 10 minutach babeczka podjechała i okazało się, że mój pracodawca coś musiał pomylić, no to ja już spanikowana, bo nie mam internetu, a mój telefon nie działa i nie mogę zadzwonić na amerykański numer, nie mam pojęcia co mam robić, a stoję w ponad 30 stopniowym upale. Z balkonu wszystkiemu przysłuchuje się jakiś chłopak. Okazuje się po krótkiej rozmowie, że on pracuje tam gdzie Ja i napisze do pracodawcy, suma sumarum, okazało się, że menago pomyliła numer budynku, jednak po dotarciu do właściwych drzwi okazało się, że mojej współlokatorki nie ma i muszę sobie podjechać do niej po klucz. Na szczęście, współlokator tego chłopaka miał samochód i dzięki temu, szybko i sprawnie udało mi się klucz do mieszkania uzyskać i wrócić i wreszcie normalnie się wykąpać i pójść spać 🙂

Pierwsze parę dni w Stanach było trochę przytłaczające, ale też fajne doświadczenie. Musiałam założyć sobie konto w banku ( to akurat nie było takie trudne), kartę do telefonu( to akurat było mega skomplikowane i mój telefon nie chciał współpracować, chociaż został specjalnie na stany kupiony i miał normalnie działać. Na szczęście po dość długiej wizycie w salonie AT&T udało się). Całkiem sporym wyzwaniem było dostanie się z mojego miejsca zamieszkania do urzędu gdzie mogłam wyrobić sobie SSN. To takich ich numer ubezpieczenia, dzięki któremu można legalnie pracować w Stanach. Muszę wam powiedzieć, że załatwienie tutaj czegoś bez samochodu, jest drogą przez mękę, komunikacja praktycznie nie istnieje, Ja mam o tyle dobrze, że 10 minut spacerkiem mam przystanek autobusowy i busa, który jeździ co godzina, albo dwie i może mnie zabrać do Downtown (tak się mówi na stare miasto tutaj). Sama wizyta w urzędzie nie była taka zła, tylko długo trzeba było czekać. Ja dostałam się do okienka dokładnie na 5 minut przed zamknięciem, kiedy już totalnie straciłam nadzieję, że uda mi się cokolwiek w tym dniu załatwić.

Bardzo ciekawe rozwiązanie na przystanku autobusowym. Oczywiście siedzenie i czekanie na busa w pełnym słońcu to nie jest dobry pomysł i Ja raczej zawsze wybieram to miejsce zaraz za pod palmą. Koszt całodziennego biletu to 7$ i Ja zazwyczaj taki kupuję, jak gdzieś jadę. Można też kupić jednorazowy za 2$. Trzeba też pamiętać, że autobus powrotny normalny kursuje jedynie do 16, później trzeba łapać Express, który jest droższy, a w ogóle ostatni jest o 20.15 i później można wracać tylko uberem.

To teraz coś o samym powodzie dla którego tu przyjechałam. Jak część z Was pewnie wie, work&travel, to program gdzie studenci wyjeżdżają do różnych krajów, pracują i w między czasie sobie zwiedzają, poznają kulturę danego państwa i ludzi, którzy w nim mieszkają. Ja trafiłam do Karoliny Południowej do Charleston, a moim miejscem pracy jest Wild Dunes Resort, pracuje tam w jednej z restauracji. Na temat samego hotelu i pracy opowiem wam innym razem. Chciałam tylko Wam pokazać na początek mniej więcej jak to wygląda. Sam resort jest ogromny i sama go w zasadzie jeszcze nie zwiedziłam.

Fajne jest to, że jak uda mi się wcześnie skończyć pracę, to mogę spokojnie wyrwać się na plażę i się trochę poopalać. Plaże tu nie są jakoś mocno zachwycające, a raczej powiedziałabym, że mocno przeciętne. Piasek jest kiepski, jest dużo muszelek i chodzenie bez butów, to spore ryzyko okaleczenia.

Poza tym, kiedy bym tu nie była zawsze wieje, wieje potwornie. Czy wieczorem, czy rano, czy popołudniu – urywa głowę. Raz popełniłam ten błąd i wzięłam sobie jedzenie na plaże po pracy. Mówię wam, nie jest przyjemnie, jak bierzesz kęs hamburgera i ci skrzypi w zębach.

Słońce jest tu bardzo mocne i Ja pomimo, że opalałam się tylko jakieś 3h i smarowałam się filtrem 50, to i tak mocno spiekłam sobie tyłek. Najgorsze w tym wietrze jest to, że na plaży człowiek nie czuje tego gorąca. Natomiast jak tylko wyjdzie się z plaży, wiatru nie ma w ogóle i człowiek się roztapia. Aktualnie mamy lipiec i na moje nieszczęście porę deszczową, więc dzień w dzień leje. Przeplata się to oczywiście z chwilami słońca, ale zazwyczaj deszcz kolejny raz zaczyna padać w momencie kiedy wracam do mieszkania, więc po pracy aktualnie zawsze kibluje w mieszkaniu.

Jeżeli jednak mam trochę pogody, to w kompleksie gdzie mieszkam mam basen i bardzo chętnie z niego korzystam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.