Narew – okolice Gnojna i Witkowa

Narew – okolice Gnojna i  Witkowa

Dwa miejsca nad Narwią, które w te wakacje udało nam się odwiedzić. Co prawda oddalone od siebie całkiem sporo kilometrów, ale to dalej ta sama rzeka. Dlatego są w jednym wpisie, ale nie bójcie się, ładnie to wszystko rozdzielę 😉

Gnojno

Korzystając z wolnego i zalecenia izolowania się wylądowaliśmy nad Narwią, a w zasadzie nad małym zalewem w okolicach Gnojna. Miejsce, jak już kiedyś nie raz wspominałam jest moim ulubionym na takie wypady. Od dziecka jeździłam tutaj z rodzicami i łowiłam ryby. Pogoda niestety nie była wyśmienita, strasznie wiało, czasami popadało i jak na początek lipca była po prostu paskudna. Jednak to nas nie zniechęciło i raźno rozbiliśmy swój obóz, potem nazbieraliśmy kupę drewna na ognisko i rozpaliliśmy grilla.

Środek tygodnia, pogoda kiepska, ludzi praktycznie w ogóle. No warunki dla nas prawie idealne, a dla psów wyśmienite. Benek biega gdzie może, żre wszystko to, co ludzie wyrzucili w krzaki. Shadi pałęta się gdzieś blisko obozowiska, a Atrey standardowo ma nas głęboko w poważaniu i co jakiś czas trzeba go przypiąć linką do drzewa, bo gotów zawędrować, aż do Pułtuska 😛

Ostatnio odkryliśmy jaką radochę sprawia nam robienie hamburgerów na grillu. Tak, dobrze czytacie, robimy przepyszne mięsne hamburgery. Nawet wam je pokażę, niech wam też ślinka pocieknie na widok takich pyszności.

Po takim jedzeniu można mieć wyrzuty sumienia, ale no cóż… nawet my sobie potrafimy zrobić wakacje od niejedzenia mięsa i grzeszymy 😛

Wieczorem koniecznie wspólna kąpiel, ale tym razem ja się nie odważyłam zamoczyć. Dla mnie było po prostu za zimno.

Musicie wiedzieć, że ja bardzo lubię gotować, ale prawdziwym mistrzem patelni jest moje druga połowa. Takie cuda co potrafi z niej wyczarować… robi również najlepszą jajecznicę ever.

Po śniadanku idziemy na spacerek. Okolica jest naprawdę urokliwa. Psy zachwycone, bo co i rusz mogą wskakiwać do wody. Niestety poziom w rzece jest wysoki, więc wchodzą tylko zamoczyć łapki. Pływać będą w zalewie. Tam zejście do wody jest bardzo łagodne i spokojnie mogą pływać.

Atreya ciężko złapać na foto, bo zawsze gdzieś się szwęda i nie ma go w zasięgu obiektywu.

Ustawić Benia do zdjęcia to prawdziwe wyzwanie. On ma milion pomysłów na sekundę. Jest pełen energii, co w takich momentach mocno utrudnia wykonanie zadania, ale jakoś dajemy radę i wychodzą piękne foty na pieńku.

Shadow za to jest prawdziwą modelką. Dla niej pozowanko to chleb powszedni i z chęcią pokazuje oba profile. Czasami mam wrażenie, że nie może się zdecydować, który jest lepszy 🙂

Cały czas towarzyszyły nam łabędzie. Nawet podpływały blisko do psów i w ogóle im nie przeszkadzała ich obecność.

Bardzo polecam to miejsce, jeżeli ktoś chce odpocząć pod namiotem w bliskiej odległości od Warszawy, ale jednak bez tego całego zgiełku i syfu.

Wizna

Postanowiliśmy poszukać nowego miejsca kempingowego, gdzie moglibyśmy się rozbić z dala od ludzi. Znaleźliśmy bardzo fajne miejsce w okolicach Łomży. Na mapie zaznaczone jest jako Dziki Kamping, my pojechaliśmy kawałeczek dalej.

Miejsce jest na samym zakręcie, bez żadnej osłony, dlatego jak wieje, to tak porządnie. Jest to uciążliwe, bo wszystko trzeba chować, albo czymś obciążać, żeby nie poleciało. Na nasze szczęście mamy magiczną moskitierę. Co prawda nie chroni przed wiatrem, a przed paskudnym robactwem, ale też jak zawieje, to nic dalej nie poleci.

Tutaj psy mają prawdziwy raj, bo ludzi tu w ogóle nie ma. No może od czasu do czasu jakiś rybak przyjedzie zostawić samochód i idzie dalej szukać najlepszego miejsca na połów.

Co jeszcze fajnego jest w tym miejscu? To, że zaraz za naszym obozowiskiem jest mały kanałek gdzie płynie sobie woda i nie da się przejechać na drugą stronę. Jedyną opcją, żeby przejść jest zrobiona mała kładka. Dlatego mało ludzi się w tym miejscy kręci.

Shadow bez problemu po niej przechodziła. Chłopaki niestety mieli problem. Benio wydygał, bo to taki mały cykor jest. Chociaż trzeba przyznać, że próbował! Atrey, jak to on, spróbował, ale łapki mu się rozjechały i wpadł do wody i już więcej nie próbował. Dla niego bezpieczniej było przejść wodą. Staruszek sobie już sporo rzeczy odpuszcza, chociaż jeszcze parę lat temu przeszedłby po tym jak sarenka.

Przestrzeń tam jest ogromna, my przeszliśmy się tylko kawałeczek, bo też nie chcieliśmy zostawiać naszych rzeczy samych na zbyt długo.

Wspominałam już, że w domu mam prawdziwego mistrza żeliwnej patelni?

W ciągu dnia trzeba jakoś zabić czas. Najlepsze do tego są karty. Próbowaliśmy różne gry: Dupę biskupa, Makao, Tysiąca, ale i tak najlepsza była gra w Pokera. Zostałam pokerowym przegrywem, który przegrał swoją część fistaszków. No bo wiecie, na coś trzeba było zagrać 😛

Miejsce jest genialne i na stałe trafi do naszej podróżniczej mapki. Skradło moje serducho, bo po pierwsze jest pełno przestrzeni i nie kręcą się tam ludzie. Po drugie można dostrzec czaple, a przypuszczam, że jakby się zasadzić z rańca to też spotkamy jelenie. Po trzecie woda jest genialna, czysta. Można bez problemu się wykąpać. Psy mają genialne zejście do wody, więc nie trzeba się martwić, że porwie je prąd. No i po czwarte, byliśmy tam w sierpniu i akurat trafiliśmy na noc spadających gwiazd. Perseidy nas atakowały z każdej strony i było to cudowne. Także polecam z całego serca to miejsce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.