Z południa na północ Albanii

Z południa na północ Albanii

Zostawiamy za sobą magiczne miejsce, jakim jest nasz zakątek na południu Albanii i wybrzeżem jedziemy na północ. Plan jest taki, że kolejną noc spędzimy na plaży Porto Novo. Z internetów wyczytałam i na zdjęciach zobaczyłam, że miejsce jest warte odwiedzenia.

Pakujemy Jeepka i ruszamy w drogę. Droga jest długa, kręta, nie koniecznie przyjemna. Na razie pogoda jest całkiem dobra, po jakimś czasie postanawiamy zatrzymać się na krótki postój i mały posiłek. Zatrzymujemy się w małej i uroczej knajpce Taverna Stolis. Jedno co mogę o niej powiedzieć, to że żarełko jest tam zajebiaszcze i tanie. Serdecznie polecam. Nas do zatrzymania się tam skłonił prawdziwy piec do wypiekania pizzy, który widać było, że był używany i ciesze się, że się tam zatrzymaliśmy, bo pizza była pycha. Ja miałam typowo z mięskiem, a Piotrek z owocami morza. Widać było, że świeże, jakby co dopiero z wody wyciągnięte.

Przejechaliśmy już dość sporo w tej Albanii i muszę przyznać, że przeżyliśmy nie mały szok, jak zobaczyliśmy sygnalizację świetlną. Ponieważ to była jedyna jaką spotkaliśmy. Serio, przejechaliśmy i ani razu świateł nie było. Dopiero jak jechaliśmy przez małą mieścinę, gdzie droga była na tyle wąska, że mieścił się jeden samochód, to umieścili sygnalizację, aby mieszkańcy mogli się poruszać swobodnie. A częsty widok rozbrykanych owiec, kóz czy krów na drodze to nie było nic dziwnego. Taki swojski klimacik.

Droga choć miała tylko jakieś 200 km była męcząca i dość długa. No i niestety zaczęło padać i nasze plany co do noclegu na pięknej plaży poszły w p…, no bo jak to rozkładać namiot w taką ulewę. Jak już zdecydowaliśmy, że chcemy zobaczyć tą słynną plażę, to się tam przejedziemy. I tak zmierzamy w tamtym kierunku, a zjechanie trochę z trasy to w sumie część naszej przygody. Więc co nam szkodzi.

Miejsce faktycznie ma swój urok i gdyby tylko nie padało, na pewno byśmy się tam zatrzymali. W lato musi być tam prawdziwy najazd turystów. Miejsca do rozbicia namiotu jest sporo, plaża jest bardzo duża. Więc dla każdego coś by się znalazło. My z racji, że popadało, było trochę błotka postanowiliśmy trochę poszaleć autkiem. Oczywiście nikt normalny by nie wychodził z samochodu jak tak leje. A że my jesteśmy całkowicie normalni, to tylko nie normalnie, żeśmy kulturalnie ubłocili samochód. No bo jak tu nie poszaleć terenówką po plaży?

Wiem, że na tych zdjęciach zachęcająco nie wygląda, ale uwierzcie mi na żywo i kiedy pogoda byłaby ładna, plaża musi być genialna.

Na wysepce w drodze na plaże znajduje się Manastiri i Shën Mërisë. Niestety pogoda nie zachęcała i my nie odwiedziliśmy, ale podobno miejsce jest urokliwe, szczególnie mała kapliczka po drugiej stronie wyspy.

No nic. Trudno się mówi, nie wyszło z jednym planem to trzeba coś zapasowego i szybko szukamy noclegu. Pamiętajcie, że nie zawsze takie szukanie na szybko jest dobre i czasami może się trafić coś mniej ciekawego. Jedziemy do Durres, żeby być jak najdalej na północ. Tam znaleźliśmy nocleg, ale szkoda o nim cokolwiek pisać, bo nie dostaliśmy tego co chcieliśmy i dodatkowo trochę nas oszukali, bo nie było obiecanego internetu. Byliśmy już na tyle zmęczeni, że machnęliśmy ręką i już zostaliśmy. I tak rano się zbieramy i jedziemy dalej. Trochę wkurzeni, bo nie mogliśmy wypuścić psów, żeby sobie swobodnie polatały (obecność indyków, pawia i cholera wie czego) idziemy zostawić rzeczy w pokoju. Chcieliśmy też przejść się do jakiegoś sklepu, ale oczywiście okazało się, że tu wszystko pozamykane, więc głodni poszliśmy tylko z psami na krótki spacer. I tu kolejny zonk, bo zero oświetlenia, idziemy z czołówką, prawie potykając się o dziury w jezdni. Szczerze mieliśmy całej tej sytuacji dość, a jedyne o czym myśleliśmy to łóżko.

Ponieważ plany nam trochę się zmieniły i musieliśmy skrócić nasz wyjazd o przynajmniej dwa dni, trzeba było trochę zmienić trasę i z czegoś zrezygnować, dlatego postanowiliśmy udać się od razu na północ i nie zatrzymywać się po drodze. Dodatkowo musieliśmy po prostu odpocząć po całej tej jeździe i tych paskudnych drogach. Bądź, co bądź drogi w Albanii są naprawdę męczące. Mimo, że wydaje się, że odcinki są krótkie, to ich pokonanie wymaga nie lada cierpliwości.

Naszym punktem docelowym tego dnia była miejscowość Velipoja. Z Durres to jest jakieś 130 km i niby gps pokazuje, że się jedzie jakieś 2h, nie moi drodzy, dodajcie do tego jeszcze jakieś 2h przez górzysty teren i stan dróg. Wierzcie mi, jeszcze jak się pogubicie to wtedy kaplica! Chociaż jest jeden plus. Jak się zgubicie, a raczej jak wybierzecie nie koniecznie tą drogę co trzeba, to możecie trafić na naprawdę fajne miejsce. My trafiliśmy na cudowną dolinkę. W sumie można trochę poczuć się jak w jakimś dawno zapomnianym miejscu. Jest bajecznie zielona, a na polach wypasają się stada owiec, świnek czy krów.

Po tylu godzinach w samochodzie psom należy się również coś z tych wakacji i postanawiamy się zatrzymać i rozprostować kości. Szczególnie jak poprzedniego dnia za bardzo nie miały takiej możliwości. Zjeżdżamy z drogi i wypuszczamy psy z bagażnika. Wierzcie mi, że próbowałam, ale nie zdążyłam i zanim się zorientowałam Atrey wylądował w rowie melioracyjnym. Dodam, że bardzo śmierdzącym rowie. Na szczęście udało się odwieść Benia od tego pomysłu, chociaż bardzo go kusiło, oj kusiło. Jedynie Shadinka normalna nie skusiła się na te zapachy.

Atrey wytaplany w śmierdzącej brei.
Moja czwórka

Cała trójka z tego postoju była mega zadowolona. Biegały jak szalone. Piłka była tu największym psim skarbem. Niestety jak to bywa, w ferworze zabawy piłka została zgubiona i na zawsze pozostanie na albańskim polu.

Szkoda było nam opuszczać takie fajne miejsce, ale czas gonił, a jeszcze troszkę drogi przed nami. Więc niechętnie wsiadamy i jedziemy. Psiaki też niezbyt chyba zadowolone, że znowu w samochodzie, ale potulnie wskakują i się układają na swoje miejsca.


Z racji tego, że mi trochę dokuczał pęcherz, (ach te kobiece sprawy i uroki spania na dziko) musieliśmy zajechać do apteki i musiałam kupić Furaginę. Dobrze, że mieli coś takiego u siebie w aptece, o tej samej nazwie, bo nie wiem jakbym się dogadała, bo Pani tak nie bardzo wyglądała na osobę, która by po angielsku potrafiła się komunikować. A Furagina to była jedyna rzecz, którą zapomniałam wziąć z Polski. Teraz już pamiętam o tym, żeby była w mojej apteczce.

Jakoś po południu zajechaliśmy wreszcie na miejsce. Naszym przystankiem był hotel Valz. Co ciekawe i dość śmieszne, na parkingu przed hotelem zastaliśmy dwa samochody z polską rejestracją. Sam pokój całkiem przyjemny, a łóżko bardzo wygodne. Jak na ichniejsze standardy, było okej.

Pozdrawiamy rodzinkę z Polski 🙂

Jedną z rzeczy, które zarówno zachwyciły nas, jak i totalnie rozśmieszyły to balkonowe drzwi w pokoju. Kojarzycie te plastikowe, białe drzwi na balkony? No to wyobraźcie sobie nasze totalne zdziwienie, kiedy po ich otwarciu ukazała nam się łazienka. Tak, do łazienki wchodziło się przez drzwi balkonowe. 😉

Wieczorem postanowiliśmy sobie zrobić spacerek plażą. Powiem szczerze, że może dużo nie widziałam i tylko po ciemku, ale to miejsce jest bardzo fajne i jakbym mogła, to chętniej zatrzymałabym się tam na dłużej. Cena za hotel też niezbyt wygórowana, a w sumie dość niska. Jedyne co to za psiaki sporo zapłaciliśmy, ale no cóż. Jak ktoś ma trzy całkiem spore psy, to musi się liczyć z tym, że trzeba za nie płacić. Całe szczęście, że nas wpuścili 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.